BARNABA. Pytają mnie skąd w tytule blogu znalazł się Barnaba, i w ogóle- kto zacz? Mógłby odpowiedzieć wymijająco, ale odpowiem szczerze: To mizerny gest wyrażenia przez człowieka szacunku dla psiego rodzaju.
Kiedyś był Filip. Prześliczny i przemądry kundelek. Jako szczeniak wyrzucony z auta. Wypadł, jak Filip z konopi… Filip „miał w rodzinie” modnego wówczas profesora weterynarii. W poczekalni zawsze tłum sław z wielce rasowymi zwierzakami. Na Filipa patrzono…podejrzliwie, rasowo nie pasował do towarzystwa. Zmiana przyszła nagle. Pan profesor wyjrzał z gabinetu, rozejrzał się i radośnie zawołał: „ Filip, dobrze, że wpadłeś…” Kiedy opowiadałem historyjkę, gospodarz poradził: "Jak wyjdziesz i cię zagadną o rasę, odpowiesz, że to śladowiec malajski…” Jak to, a jeśli będą dociekali” „ To powiesz prawdę, że ani śladu po Malajach. Ale nie martw się, nikt nie zapyta.” I rzeczywiście. Grzeczne pytanie padło, bo- „jeśli to pupil samego profesora”... Ale reakcja na odpowiedź o śladowcu malajskim była dla mnie zaskakująca, rację miał profesor: Aha, śladowiec malajski…ho,ho… Filipa nie ma, ale dożył wieku sędziwego.
Jest Barnaba. U przyjaciół. Czekoladowy wyżeł, z siwymi ozdóbkami. Trochę siwizny było już za młodu, z latami tylko przybywa. Figura wspaniała, urok niebywały. Kiedy był rok wielkiej powodzi, Wisłą płynęły drzwi, a na nich młodziutki wyżeł. Ludzie psa wyciągnęli, a jeden z wybawicieli przyprowadził psiaka do rodziców. Okazało się, że młodziutki, ale już świetnie przysposobiony do polowania. Chodził za człowiekiem z innej strony niż ramię ze strzelbą. Na huk reagował wzmożoną uwagą, słuchał komend wydawanych głosem i gestami. I … wydał się niemową, bo nie szczekał. Z czasem okazało się, że to też był pewnie wynik tresury, bo gdy już poznał siłę swego głosu, to … bardzo go polubił. Ogromnie inteligentny, pewnie i z komputerem dałby sobie radę… Arcymistrz wyrażania radości – językoman, jak go nazywają. Wszystko „powie”, wszystko pojmie. Mnie kiedyś zaszczycił wręczeniem mi gołębia, po którego skutecznie podskoczył prowadzony na smyczy. A kiedy przywróciłem „prezentowi „ wolność, trzeba było zobaczyć wyraz barnabowych oczu. „ To ja mu zdobycz oddaje, a on się tak zachowuje…”. Lata mijają, Barnaba trzyma się świetnie. Niestety, niedawno okazało się, że jest bardzo chory. Nie skarżył się, tylko trochę nastrój mu się chwilami pogorszył; choć pogoda psiego ducha wciąż brała górę. Przeszedł ciężką operację, teraz jest kuracji ciąg dalszy. Barnaba pogodnie i bardzo dzielnie wszystko znosi. Rozumie, że ludzie chcą mu pomóc; nawet, jeśli zaboli. Nadal merda radośnie resztką ogona, „daje głos”, jeśli go poprosić; bardzo lubi spacery; na powitanie przynosi wszystkie swoje piłeczki, jest przymilny i przytulny Takie trzydzieści parę kilo uśmiechniętej życzliwości… PS: fotka Barnaby - w galeriisobota, 21 listopada 2009
Licznik odwiedzin: 134986
jako dziennikarz ( sportowy)- przez "ładnych parę lat"- nie widzę powodu do zachowania dzisiejszej refleksji dla siebie. "Echa wydarzeń" - to kontynuacja felietonu dawniej prowadzonego.
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: