Echa Wydarzeń

Świat na tęczowo

ECHA WYDARZEŃ: Między nami, prezesami. Taki żarcik, ale o prezesach będzie…Dwóch.

 Pan Dariusz Banaszek jest od niedawna prezesem kolarzy. Więcej, jest też pomysłowym propagatorem dziedziny, którą dowodzi. Zna elektronikę, komputer, sprawnie i codziennie posługuje się tym narzędziem. Dziś zaprezentował na Facebooku transmisję z… Hong Kongu. Z toru, na którym  Adrian Tekliński został mistrzem świata. W scratchu ( będzie polska nazwa?), czyli w młodziutkiej specjalności, która jednak już jest olimpijską.

 „ Wyścig polega na jednoczesnym ściganiu się większej liczby zawodników na dystansie kilkudziesięciu okrążeń toru. Zwycięzcą jest ten, kto jako pierwszy dojedzie do mety, innymi słowy pierwszy przejedzie wyznaczoną liczbę okrążeń. Wyścigi w scratchu charakteryzują się dużym naciskiem na taktykę i w swojej istocie podobne są do kolarstwa szosowego.”

 Tym razem Kolarze mieli do pokonania 60 rund - 250 metrów każda. Polak sześć rund przed metą podjął atak.. Uzyskał kilkadziesiąt metrów przewagi nad rywalami i dojechał do mety sam.

 Radość, gratulacje. Ma polskie kolarstwo w kolekcji kolejną tęczową koszulkę,  bo tak nagradza UCI mistrzów świata! Drugi był Lucas Liss, Niemiec, ale jego tata był kiedyś świetnym polskim kolarzem… Lucjan Lis, urodzony w Bytomiu, klub –Ruch Radzionków; medalista olimpijski i mistrzostw świata; zmarł w 2015 roku…

 Biegli w historii przypominają, że pan Adrian (28 lat) „w przeszłości wiele razy startował podczas szosowych wyścigów kolarskich na torze samochodowym "Poznań". Dwa lata temu on i jego koledzy z torowej reprezentacji Polski pociągnęli peleton do mety z przeciętną prędkością 48,2 km/h.”

 Biję brawo i ja. Kolarzowi oraz Prezesowi, za takie, nowoczesne w formie wykorzystywanie sieci. Nie za stołem prezydialnym… Jestem pełen uznania oraz chętnie polecam prezesom ( i wice) jako przykład do naśladowania…

 Pan Henryk Olszewski, od niedawna prezes PZLA ma w fazie startowej kłopot, My- razem z nim, jako, że wieści z USA jakby „odbrązowiły złoto”. Pisałem o tym. Oględnie, ale pisałem. Że podczas zgrupowania w Stanach gdzieś w polskiej lodówce znaleziono piwo, co skutkowało eksmisją z ośrodka do hotelu. Za uchybienie regulaminowi. Trenować wciąż mogli, gdzie trenowali, ale nie mieszkać. PZLA zawiadomiło, że nie ma strat finansowych, więc…

 Gazetowa wieść wywołała następne – wypowiedzi w sieci, informacje, że piwo w lodówce to „ małe piwo” wobec złych stosunków w mikroświatku młociarskim, że koleżeństwo się nie tylko nie kocha, ale robi sobie kuku. Że we ramach polskiego zgrupowania trener prowadzi jeszcze szkolenie ludzi z Kataru- rywali naszych młociarzy ( a pensja z PZLA) i tak dalej.

 Omijałem szczegóły, bo wydawało się, iż polanie oliwy na wzburzone fale łatwiej spowoduje powrót normalności, niż publiczna sprzeczka. Prezes nawet sprawę jakby sprowadził do głupiego incydentu: „Jaka to afera? To, że ktoś się nie może dogadać, to jest afera? To są dorośli ludzie, którzy powinni się porozumieć i rozwiązać wszystko w jakiś ludzki, koleżeński sposób. Czekamy, aż się zjadą, zbierzemy całą tę ferajnę i może uda się ich pogodzić" - powiedział w rozmowie z x-news”…

 Tymczasem incydent zaczął już żyć własnym życiem. Sam „Przegląd Sportowy” opisał sprawę oraz stosunki wewnątrz kadry; PZLA już zdecydowanie powiedziało NIE pomysłowi, by przesławna i zasłużona Anita Włodarczyk jechała na zgrupowanie do Kataru ( - Nie ma o tym mowy. W Katarze jest tak gorąco, że trenowanie w ciągu dnia jest praktycznie niemożliwe - mówi na łamach "PS" jeden z działaczy związku), czyli … ciąg dalszy pewnie nastąpi.

 Recenzja innego mistrza też jest druzgocząca: „Plany wylotu na obóz na Bliski Wschód skomentował również Szymon Ziółkowski, złoty medalista igrzysk olimpijskich w Sydney w rzucie młotem. - Pomysł wybrania się w maju Kataru to kretynizm (...) Wystarczy zresztą popatrzeć na samych Katarczyków - nawet oni nie trenują w tym czasie w ojczyźnie. Wolą wyjeżdżać na zgrupowania zagraniczne, choćby do naszej Spały, bo u nich zazwyczaj nie da się wtedy żyć "

 Osobiście wciąż jestem przy nadziei, że „syndrom łodzi podwodnej”, gdzie mała grupka latami skazana na siebie i czasem przez to sobą znużona- zostanie przezwyciężony. Ale prezes-też z zawodu i kariery trener nie ma łatwego zadania. Wierzę, że da radę, a polski młot wciąż będzie leciał daleko…

  Futbol. Z dwoma mocnymi akcentami. Monaco bliżej półfinału Ligi Mistrzów. Wygrało w Dortmundzie z Borussią 3:2. Koszmarny błąd przy trzecim straconym golu popełnił Łukasz Piszczek. Mecz- jak mecz, wynik- jak wynik. Gorzej, ze przed meczem akt terrorystyczny ( wybuch, gdy piłkarze Borussi jechali autobusem) zasygnalizował jakby nową jakość terroryzmu- z wykorzystaniem sportu, jego sławy i siły magnesu.

 Na marginesie. Bayern też nie dał rady na swoim boisku. Przegrał z Realem 1:2, ale nie występował przesławny Robert Lewandowski. Kontuzja. Zagra pewnie w rewanżu, a „ wszyscy pamiętają nieprawdopodobną kanonadę reprezentanta Polski, jeszcze w barwach Borussii w 2013 roku, gdy w półfinale Ligi Mistrzów strzelił Realowi w pierwszym meczu aż cztery gole”. Teraz nasz kapitan i czołowy snajper siedział na trybunie. A media zgodnie odnotowały, że wcześniej przeszedł kontrolę bezpieczeństwa. Jak inni. Są normy takie same dla wszystkich, niezależnie od funkcji oraz sławy. Pouczające…

 WESOŁYCH ŚWIAT! SMACZNEGO JAJKA  I SŁOŃCA!