Echa Wydarzeń

Chcieć, nie zawsze znaczy- móc...

ECHA WYDARZEŃ: Tym razem jedyny komplement należy się kibicom. Jakże wiernie oni towarzyszą sportowcom. Siatkarzom, młodym futbolistom! Nawet, gdy sytuacja boiskowa jest średniodobra, lub beznadziejna. Jak było w meczu młodzieżowych mistrzostw Europy, których to rozgrywek mamy zaszczyt i przyjemność być gospodarzem.

  Granie młodej reprezentacji było- niestety- bliskie beznadziejności. Anoi technika, ani taktyka, ani w ogóle pomysł na grę. Jakby tydzień przed imprezą ogłoszono nabór, wybrano spośród tych, którzy się zgłosili- a nie po porządnych cyklach selekcyjnych oraz treningowych i szkoleniowych.

  Wspaniałe stadiony, wdzięczna widownia, zachwyty oraz tchnące optymizmem opinie o stanie spraw na szczeblu „pananawałkowym” oraz „panarobertowym” i młodzieżowa rzeczywistość. Jakby marną potrawę podawano na złoconym półmisku… I to ma być przyszłość reprezentacji seniorskiej? I to ma dać dobrą ocenę systemowi klubowego szkolenia? Którego obraz wciąż „stoi importem”, a nie porządną pracą z własnymi wychowankami...!

  Przepraszam, ale wydarzenia odebrałem, jako czkawkę- która dotknęła nasze środowisko futbolowe. W niepamięć jakby puszczające prawdę, że dla rzeczywistego rozwoju potrzebne są działania, których nikt za nas nie podejmie. Zagraniczne uniwerki były, są i będą szansą dla jednostek, system tworzy praktyka we własnych granicach.

  Tu pytanie, kiedy ostatni raz solidnie pracowano nad i z reprezentacją młodzieżową? Przed Igrzyskami Olimpijskimi w Barcelonie, czyli… w zeszłym wieku. Potem droga przez igrzyska ( a tak się zaczynało „ za Górskiego”- w Monachium), poszła jakby w zapomnienie. Zarosła chwastami, przykryły ją „eura”, „mundiale”, fascynacja transferami itp. Jak w prastarym pytaniu- żarcie: „ Co myć- ręce czy nogi” i zapomnieniu, że jedno i drugie…

 Dali ciała też moi koledzy po zawodzie. Wprowadzając w obieg wyliczenia oraz nadzieje, że istnieje szansa awansu. W dobrej wierze odrzucili obiektywizm? Tak to wygląda. Bo potem relacjonowali mecz, w którym Anglicy byli profesorami, a nasi- mało pojętnymi uczniami. Jedni umieli i chcieli, drudzy- może i chcieli, ale nie potrafili i nie mogli. Świetny bramkarz tylko tezę o dwóch poziomach potwierdza. Bo mogło być jeszcze gorzej niż było…

 Prezes Boniek słusznie mówił o „braku jakości”. Z diagnozą się zgadzam, na analizę i terapię czekam… Zrecenzować bez zobowiązania, to i ja potrafię…

  Kolarze mają mistrzostwa krajowe, a równocześnie myślą o Tour de France. Rafał Majka- jeździ po świecie szybko i owocnie, eksmistrz świata, Michał Kwiatkowski sprawdził się w wyścigu na czas podczas mistrzostw. 39,6 km- 47,807 km na godzinę, następny- minuta i 15 sekund za mistrzem! Jest obiecująco.

  Wracam do piłki. W ujęciu historycznym. Pani Roma, szefowa „mojej biblioteki” zadbała by moją wiedzę wzbogacić.

 Dostałem ciekawą książkę Juliusza Kuleszy –„Zakazane gole” o warszawskiej piłce podczas okupacji hitlerowskiej. Wydane w roku 2014, więc historia odległa, ale świeżo przywołana w pamięci.

 Opowieści, wyniki, fotografie, sylwetki. Opis aktywności sportowej oraz waleczności powstańczej. Rewela- jak to mówią młodzi! Znajduję nitki zawodowe. Wspaniały po wojnie dziennikarz, pisarz, podróżnik, varsavianista Olgierd Budrewicz kapitanował żoliborskiemu „Promykowi”, Witek Różycki był najlepszym bramkarzem Żoliborza, a po wojnie lata w „sporcie” Polskiej Agencji Prasowej, Mietek Szymkowiak „Sport”- piórem towarzyszył piłce wiele lat, a grał w nią w okupowanej Stolicy…. Gdzieś mam fotkę, jak razem z Mietkiem i „Różycem” stawaliśmy do meczu Dziennikarze-Aktorzy…

 I perełka historyczna. Zacytuję:

 „Bimber to określenie nielegalnie produkowanego alkoholu, jakie przyjęło się w okupowanej Warszawie, a utrwalone zostało w powojennym filmie „Zakazane piosenki” (… siekiera, motyka, bimbru szklanka-w nocy nalot, w dzień łapanka…”) Tę żartobliwą nazwę przyjęła w 1940 roku jedna ze stołecznych drużyn piłkarskich, założona przez bramkarza Polonii Kazimierza Lecha. Jesienią 1939 samogonem, pędzonym nielegalnie przy ulicy Miedzianej w Warszawie, ciężko zatruł się niejaki Antoni Bimber. Odratowano go z trudem, a nazwisko jego stało się na wiele lat synonimem prywatnie produkowanego alkoholu…”

 Ciekawe, czy Pan Profesor Miodek i Pan Profesor Bralczyk znają tę opowieść?