Echa Wydarzeń

Dookoła ...sportu

ECHA WYDARZEŃ:  Kolejne pisanie  "dookoła sportu" Bywało ostatnio „rekordowo”:

 1. Patrycja Bereznowska (AZS-AWF Katowice) 258.339 km - nieoficjalny rekord świata. Belfast – mistrzostwa świata w biegu 24-godzinnym. Srebro też dla Polski- Aleksandry Niwińskiej (LKS Olymp Błonie) -251.078, rekord życiowy. Ależ te panie mają zdrowie, i jak są wytrenowane. W ogóle –kapelusz przed damami. Płeć brzydka biegła niewiele dalej; Japończyk, który wygrał zaliczył 267.566 km, a trzeci- rodak Sebastian Białobrzeski (UKS Cityzen Poznań)- 265.535, co jest rekordem Polski.

  2. Tyczkarz Paweł Wojciechowski skoczył 5,93. Życiówka, prymat wśród polskich wyników na powietrzu- pod dachem Piotr Lisek zapisał na koncie 6 metrów, ale … jednak w hali. Pan Wojciechowski też atakował „szóstkę”- próbował sił na 6, 03, jeszcze bez powodzenia, apetyt jednak jest wyostrzony. Zwłaszcza, że wewnętrzna konkurencja pana Pawła z panem Piotrem też napędza rozwój.

 Na marginesie, „pozarekordowym” coś z tych samych zawodów. Żebyśmy wiedzieli, jak bardzo przyspieszyła lekka atletyka przed mistrzostwami świata. Argumenty z rzutni kulą: …” Szóste miejsce zajął Konrad Bukowiecki. Halowy mistrz Europy-  najdalszą próbą popisał się w ostatniej kolejce, w której uzyskał 21.03. Konkurs stał na niebotycznym poziomie – pierwsza szósta zawodników pchała ponad 21 metrów, a zwycięzca Ryan Crouser osiągnął aż 22.39.”. Przecież nie kula jest coraz lżejsza, tylko mocarze coraz więcej mogą...

  Za rekord uznaję też wyczyn młodych siatkarzy. Reprezentacja młodziaków do 21 lat wygrała 8 spotkań i jest mistrzem świata.

 Dorośli mistrzowie mają więc solidne zaplecze. Nie jak kadra futbolistów, która w młodzieżowych mistrzostwach kontynentu dała ciała- w stylu oraz bilansie punktowym. Jako organizatorzy- cud miód, malina- zbiór komplementów, jako drużyna- kiepściutko. A siatkarze…

 Odwołam się do redaktora Genia Andrejuka, który tej drużynie towarzyszy od dawna: „ Zaczęli w grudniu 2013 roku. W estońskim Tartu wygrali Mistrzostwa Europy Wschodniej (EEVZA). Swój młodzieżowy cykl (kadeci, juniorzy) zakończyli w  w czeskim Brnie. Też złotym medalem. Mogę powiedzieć, że przy tej drużynie byłem od początku do końca. Również, gdy grała w I lidze, jako SMS PZPS Spała. Młodzi ludzie imponowali dojrzałością, ambicją i profesjonalizmem. Na pewno duża zasługa w tym trenerów - Panów Sebastiana Pawlika i Macieja Zendeła. W sporcie jestem od ponad 30 lat i wiem, co to znaczy dobry kontakt z ekipą. Ci dwa dżentelmeni zawsze byli do dyspozycji. Maciej np. oddzwaniał i przepraszał, że nie mógł odebrać. Taka niby drobna rzecz, ale jak wiele mówiąca o ludziach, nie tylko z siatkówki…”

  Jedzie karawana Tour de France. Wystartowała w Niemczech, zabawa się rozkręca. Z Rafałem Majką oraz Michałem Kwiatkowskim, którzy już grając widoczne role z czasem mogą być aktywniejsi inaczej. Nie jako ważni pomocnicy dla liderów grup, lecz niejako już na osobisty rachunek. Wierzę, że tak będzie.  

     Oglądam za pośrednictwem Eurosportu , czyli „ przy pomocy” redaktorów Tomasza Jarońskiego i Krzysztofa Wyrzykowskiego, ze wsparciem Dariusza Baranowskiego ( tyle lat na rowerze, zawodowo, a tu jeszcze erudycja redaktorska)  i bardzo mi się TO podoba. Wiedza, luz, bystre oczy, świetne wykorzystanie coraz doskonalszej techniki przekazu; poczucie humoru; przedetapowe gawędy na Facebooku. Kocham takie sprawozdawcze poszukiwania, bo rutyna wprawdzie jest wciąż wielkim atutem, ale jeśli się łokciami przez technikę nie przepychać, to bywa też hamulcem…

  To zdanie nie jest  przeciw innym stacjom, lecz nieśmiałą refleksją, że co świeże też lubi być odświeżane… Pamiętam z pradawnego Wyścigu Pokoju. Tuszyński: „Tu helikopter”; pamiętam pierwsze kamery w samochodach, na motocyklu; wspomnę Henia Urbasia, czy Jurka Geberta, jak co jakiś czas z auta „wchodzili na antenę „ i przez radio światu opowiadali, co właśnie, kto i jak… Pamięć, jak kamerton- przekazy „Eurosportu”- jako kolejny dowód, że nutka dawnej tendencji została podchwycona.

  Zresztą w ogóle czasem skojarzenia napędzają pamięć. Także o dawnych relacjach Tour de France-Wyścig Pokoju. Gdy np. Tour miał się pokazać w dawnym Berlinie Zachodnim, więc ówczesna NRD zadbała- nie zważając na koszty- start do Wyścigu Pokoju przenieść do Berlina wschodniego. Niejako konkurencyjnie. Albo, gdy w Paryżu dyskutowaliśmy o Wyścigu Pokoju w formule open ( z profesjonałami), co już wówczas było rewolucją i ze startem na Placu Bastylii. W rozmowach uczestniczył ówczesny dyrektor Touru, w propagowaniu pomysłu -jedna z wielkich sław tej imprezy. Było, wydawało się, że tylko krok do nowej formy, nie wyszło.

 Osobiście bardzo żałuję. Może dlatego tak dobrze pamiętam, a protokoły z tych spotkań przechowuję. Gdzieś zachomikowałem fotkę z promocyjnego koktajlu „ Na wieży”, oraz z francuskiego stoiska olimpijskiego w Seulu, gdzie Wyścig Pokoju ze startem w Paryżu propagowano, jako już decyzję, nie pomysł… Ech, ta pamięć…

 Jadą. Niby wciąż jeszcze część wstępna, a już może się okazać decydującą. Dla mistrza świata, Petera Sagana tak się już stało, bo dyskwalifikacja wyrzuciła go z wyścigu. Dla Anglika Cavendisha też, z powodu kontuzji.

 Czytam, jak tężsi niż ja fachowcy analizują sytuację. Co najpierw- głowa Anglika, czy łokieć Słowaka? Co było- akcją, co podświadomą reakcją? Czy ukarano winnego, czy też niewinnego? Z dziesięć razy obejrzałem zapisy filmowe tego finiszu i odnotowuję, że… raczej jestem bliski tym, którzy uważają, że Sagan wprawdzie też zawinił, ale tylko „też”, więc kara była na wyrost… A że boje finiszowe, gdy atakuje metę grupa są straszliwie zacięte, ostre, ryzykowne, zaś zasada „proszę, pan pierwszy” nie obowiązuje – wiadomo nie od dziś.

 I żaden trybunał- a ponoć protest grupy z Saganem dotarł do Lozanny zaciętości rywalizacji nie osłabi. Wniosek z powyższego? Żaden, to refleksja i konstatacja. Takie jest kolarstwo, taka jest walka. I takie ryzyko, gdy się jedzie ramie w ramię 60-70 km na godzinę...

 Jeszcze- Tour i kasa. Red. Czesław Ludwiczek zebrał dane i napisał: …

  „Pomiędzy uczestników Touru rozdzielona zostanie suma 2.280.950 Euro. Zwycięzca otrzyma 500.000, drugi na mecie 200.000, a trzeci 100.000 Euro. Dla dalszych w klasyfikacji sumy są już małe…. A poczynając od 19 miejsca wszyscy uczestnicy wyścigu otrzymają, bez względu na zajęte miejsce, po 1000 euro. To wszakże to nie wszystko, bo każdy zwycięzca etapu otrzyma 11.000, drugi i trzeci na mecie etapowej uzyskają odpowiednio 5500 i 2800 euro. Ponadto zwycięzca klasyfikacji punktowej uzyska 25.000, najlepszy „góral” 20.000, najlepszy młodzieżowy uczestnik 20.000. Każdy, kto pojedzie w żółtej koszulce otrzyma 500 euro za jeden dzień.

 Trzeba ponadto wiedzieć, że 198 kolarzy podzielonych jest na 22 ekipy. Otóż najlepsza w całym wyścigu ekipa uzyska 50.000, druga 30.000, trzecia 20.000 Euro. Na każdym etapie najlepsza grupa uzyska 2800 euro. Są jeszcze drobne nagrody za wyczyny w różnych miejscach trasy. Mimo wszystko są to sumy niewielkie w porównaniu np. z tenisistami, którzy w jednym turnieju wielkoszlemowym mają do wygrania ponad 7 mln. euro.”

  Trącona struna tenisa, więc… Panna Isia wciąż miewa kłopoty, choć walczy z nimi tak dzielnie, jak z rywalkami. Pan Janowicz ostatnio prezentuje impet, a tego wyczekiwaliśmy. Jest w tle coś wspólnego- kontakt z mediami. Gwiazda damskiego kortu dawno i demonstracyjnie wykluczyła z kontaktów jedną ze stacji, wciąż dopiero wschodząca gwiazda męskiego grania, zażądała, by jeden dziennikarz wyszedł z jego konferencji. Padło nawet brzydkie określenie, czego nadmiarem temperamentu nie da się usprawiedliwić.

  Nie nauczam, nie pouczam. Westchnę tylko do przeszłości, gdy oba środowiska wiedziały, że „są w pracy”… Nie jestem za anegdotycznym: „ Panie redaktorze, mam do pana zaufanie-niech mi pan sam coś włoży w usta” ani za traktowaniem zawodnika protekcjonalne, per noga ( jak w TV- do każdego TY), jestem za zachowaniem podstawowych form współżycia. Z obu stron- żeby było jasne….

  Na koniec- wieść, że powiększa się nam bilans medali olimpijskich. Igrzysk w tym roku nie ma- nowy medal jest. Brązowy. MKOl –finalizując „pekińską” batalię antydopingową zawiadomił, że przysłał do PKOl brązowy medal dla ciężarowca Marcina Dołęgi.

 „…Tyle lat czekałem na jakieś miły akcent końcowy tej potarganej mojej kariery! I stało się! Czy się cieszę? Tak, cieszę się, mam wielką satysfakcję! Z drugiej strony, nie mogę powiedzieć, że czuję się spełniony, bo przecież ten medal dostaję po dziewięciu latach od startu, ale warto było czekać!...”

  Marcin Dołęga wkrótce skończy 35 lat, wejdzie zatem w wiek „olimpijskiego emeryta”, czyli będzie mógł się ubiegać o olimpijskie świadczenie. W roku 2008, obowiązywały przepisy mówiące, iż o takie świadczenia może się ubiegać medalista, po skończeniu 35 roku życia. W roku 2010 pułap wieku - przepisami ustawy - został podniesiony do 40 roku życia. Ale przecież „rozliczaniu” ulega dorobek roku 2008, więc chyba i tamta „litera”…

 Nasz medalista sam mówi o „potarganej karierze. Bo były w niej także epizody, zarzuty dopingowe. Odwołania, kary, tłumaczenia… Nie rozwijam. To dobre, co się dobrze kończy- ocenia znane powiedzenie. Problem jako taki przerwał owocną karierę, ale los odpłacił jednak medalem.

 Jeszcze dwaj rodacy w tym sporcie w ogóle śladem dopingowym tak bardzo naznaczonym, na medale, które kiedyś wzięli inni, a podobno laboratorium ma dziś zadanie, że był dopingowy kant. Wciąż też nie mogę wymagać z pamięci, że sami kiedyś straciliśmy złoty medal w ciężarach. W Montrealu, Po dekoracji, po Mazurku… Przed wynikiem badania czystości sportowej...