Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Echa Wydarzeń

wtorek, 30 stycznia 2007 12:45

Brydż… generalski- ministra z prezesem! Trwa dogrywka w nibymeczu piłkarskim. Tym razem nie myślę wypowiadać się o podziale racji. Bo w ogóle ta gra jest zarazem bardzo czytelna i… zupełnie nieczytelna. Pierwsze dotyczy stosunków w piłce i zabiegów o prozaiczną władzę oraz tzw.konfitury; brak czytelności widzę w bezprogramowości, jeśli chodzi o przyszłość tego sportu.

 Dziwna to gra! Sam uprawiałem gry różne- i szachy, i warcaby, i pokerka, i tysiąca, kierki, o oczku nie wspomnę; i grało się w „zośkę” oraz w "ogona”; ba nawet na preferansa się załapałem… I co? W każdej były jakieś reguły, w toczonej obecnie reguł brak!  Jak w brydżu generalskim. Towarzyszący „lampasom” oficerowie doszli w licytacji do „trzech bez atu”, a tu generał zameldował: „ trzy trefle!”. I tyleż wypadało grać; bo wiadomo- hierarchia… Tyle, że w tym, okołopiłkarskim przypadku ciśnie się pytanie tytułowe filmowej komedii, „Gdzie jest generał”?  Podejrzewam, że wiem- i że się nie ujawnia, ale za sznurki ciągnie.

Powiedziałem: tym razem nie biorę się do dzielenia racji, ale zostaję za kulisami. I tu wychodzi na światło dzienne sytuacja przedziwna. Bubel prawny, i do tego prawnie hołubiony. Oto bowiem w ustawie o sporcie kwalifikowanym Wysoki Sejm zdecydował, że organ nadzorczy, ( czyli minister sportu) ma prawo „policzyć się” z organem wybieralnym ( czyli związkiem sportowym). Może zażądać uchylenia uchwały, jeśli nie poskutkuje- sam może ją zwiesić; może, – ale to już kolejny etap na drabinie represji- zawiesić zarząd związku, wyznaczyć kuratora, zwrócić się z wnioskiem do sądu itp. Dużo powiedziane, i stanowczo za mało, by nie wywołać awantury. Bo motyw interwencji jest w ustawie bardzo ogólny: działalność sprzeczna z prawem, statutem i regulaminami. Koniec, kropka. Bez sprecyzowania, że chodzi i uchybienie prawu stwierdzone kontrolą skarbową i stosownym orzeczeniem; protokołem pokontrolnym NIK; uchybienie potwierdzone wyrokiem sądu; choćby wniesieniem oskarżenia- choć to za mało, bo jeśli sąd uniewinni.. Nawet – ujawnione przez kontrolę wewnętrzną, która np. wykryła, że dotacja budżetowa adresowana na szkolenie młodzieży, poszła  na kwiaty dla pani Zosi i serię kolacji z panem Adasiem… Nic z tych rzeczy, ze słów ustawy wynika możliwość, że wszelaka interpretacja zależy od ministerstwa.  Jak w takim układzie słów i uprawnień nie widzieć zarzutu, że administracja może robić, co i jak chce, tam gdzie pole jej ingerencji powinno być ograniczone? I nie dziwmy się potem reakcjom międzynarodowych organizacji sportowych, że walą w nasze reguły, jak w kaczy kuper i pchają się z represjami? Gdyby ustawa była życiowo mądra- wyrok sądu, innego rodzaju urzędowe stwierdzenie naruszenia prawa, urzędowe określenie adresatów odpowiedzialności- wtedy pewnie żadna federacja palcem by nie kiwnęła. I chętnie zgłaszany zarzut, że „ręka rękę myje”… nie byłby do użycia. A tak?

Aż dziw bierze, że tak prostej kwestii nie umiano oblec we właściwe ramy i zgodzono się na brak precyzji! Zaściankowa mocarstwowość, czy brak wiedzy o światowej normie? Gdzie prawnicy biegli w sporcie? Gdzie PKOl, ustawowo m.in. spełniający nawet – przez Trybunał Arbitrażowy- urzędową rolę sądu polubownego? Nie konsultowano projektu zapisów? Co na to poseł Janusz Wójcik, szef sejmowej komisji? Czytam, że nie podważa posunięć ministra, ale nie czytam, że widzi wadę ustawy i robi, co może, by znaki zapytania wymazać! Kupę grosza zainwestował podatnik w karierę Pana Janusza. I dużo zaufania dał wyborca, by m.in. mieć gwarancję, że poznawszy wielki świat sportu i jego reguły, tak ważny poseł przeniesie tę wiedzę na rodzimy grunt. A tu- niezależnie od tego ile racji po czyjej stronie- jest knot międzynarodowy. I co? I nic? Wszyscy zdrowi… Trzy trefle po trzech bez atu…Piłka dalej w grze, ale … bez piłkarzy. Z targami licytacją i … wciąż marną perspektywą. Niezmiennie- na spalonym. Niestety...

komentarze (1) | dodaj komentarz

Echa Wydarzeń

poniedziałek, 29 stycznia 2007 10:48
Szewski poniedziałek!  Jest takie powiedzenie. Że w niedzielę szaleństwo, w poniedziałek- kac; a pracować już trzeba. Szaleństwa za sobą nie mam, kaca-też, blog nie jest pracą, lecz wyrazem dobrowolności, ale powiedzenie po prostu mi się przypomniało i spodobało.

Poniedziałek zaczął się kiepsko. Wieść, że premier złamał rękę ( lewą, czy to coś może znaczyć?); pocieszenie, że już jest OK. ( czyli, pewnie gips), obowiązki będzie pełnił itd. Opis szczery i szczegółowy. I dobrze- dziś niczego się nie ukrywa. …

W gorszy nastrój wprowadza większość wypowiedzi internautów. A ci zaczęli dzień wyjątkowo wcześnie, bo obfitość niebywała. Gdy ja współczuję, bo wiem, jaka to frajda nosić gips, oni z publicznie ogłoszonego nieszczęścia żartują. A fe! Jedyne, co do oka i uszu dopuszczam, to sugestię, by dostojnicy także uzyskiwali pomoc zaczynając od „pierwszego kontaktu”. Może wtedy pojmą, jakim szczęściem bywa czasem konieczność spotkania z medycyną made in Poland… I komunikat, że „zabieg trwał kilkadziesiąt minut” będzie oddawał sytuację powszechnie obowiązującą.

Ucieszyła mnie wieść, że resort finansów wprowadzić chce ulgę dla Honorowych Dawców Krwi. Podatkową. Gdy ja zdobywałem taką legitymację – nagrodą było bardzo dobre śniadanie, dwie-trzy tabliczki czekolady i zaświadczenie „ do pracy”. Bez śniadania i czekolady też bym oddał… Zadowolenie z reakcji resortu przytępiła wieść, że litr krwi „wyceniono” na 120 i ileś tam złotych. A mówią: krew na wagę złota! Wolę za darmo, niż w ramach jałmużny. Obiecuję – dam (zero, RH  minus), jeśli (nie tylko) jakiś decydent byłby w potrzebie. Za darmo, na grzyba mi taka ulga… Żeby dotyczyła rachunku za leki, za niezbędną wizytę w tzw. prywatnej służbie zdrowia. TO, co było, i co zabrali!

Zmartwiłem się losem autobusu internetowego, który wiejskiej młodzieży hucznie sprezentował urząd premiera, a teraz autobus … stoi w stodole. Bo podobno nie ma kto wyłożyć „stówy” na łączę. Robimy zrzutkę? A może ponarzekamy na media…?

Czas na powrót do tematu, który kiedyś blog pod tym tytułem wywołał – do sportu! W nim jakoś bardziej jasne kryteria ocen wydarzeń i ludzi...

Adam Małysz i Justyna Kowalczyk. Narciarska para sukcesów! Pannę Justynę wielbię za coś, co w sporcie poza talentem najważniejsze- za umiejętność rzucenia na szalę wszystkiego. Bez zważania, jakie to niesie ryzyko. Na Igrzyskach tak się w boju zapamiętała, że skończyła na noszach, bez przytomności. Nie biadoliła potem, tylko mówiła, że przeszarżowała, a teraz już ma doświadczenie i będzie mądrzejsza taktycznie. I jak jest sportowo świetna oraz mądra -pokazuje w Pucharze Świata. Już tam nawet wygrała na 10 km. TAM przypadków nie ma… A że panna Justyna nadal potrafi „wyjechać się” na trasie prawie do granicy możliwości- tylko świadczy o wielkiej klasie. Mniejsza sztuka kończyć zawody z uśmiechem na twarzy, ale na dalekiej pozycji, mistrzostwo- „na ostatnich nogach”, ale jako triumfator…

A dla Pana Adama niezmiennie mam wielki szacunek. Za to, że tyle lat WALCZY. W jego karierze nie ma biadolenia i defensywy, przez cały czas są ochota i chęć wygrania. Dlatego sukces na skoczni niemieckiej ( plus miejsce bliskie podium w drugim konkursie) to więcej niż jedna z dziesiątka nagród w karierze sportowej. To, w sytuacji tak długiego pasma braku zwycięstwa, premia za upór, optymizm, waleczność. A że dalej normalnie, spokojnie i skromnie, choć nigdy defensywnie mówi o sobie i swoich planach- za to też Go lubię i cenię. I chętnie polecam jako przykład.

komentarze (2) | dodaj komentarz

Echa Wydarzeń

niedziela, 28 stycznia 2007 11:07

Życie ludzkie jest jak długi, żelazny most… Z hitlerowskiego obozu KL Auschwitz uciekało 667 więźniów; prawie 300 Niemcy schwytali, większość zakatowali. Wśród tych, którym się udało, był Tomasz Sobański. Uciekał nie tylko dla wyzwolenia się, także by przekazać światu ważne dokumenty o gigantycznej katowni. A potem… wrócić w pobliże, i wspomagać inne ucieczki!

 Po wojnie był dziennikarzem. Długo- sportowym; jednym z moich przewodników po zawodzie. Narty, podnoszenie ciężarów, kolarstwo...Lubiany, szanowany, bardzo przystojny, dbający o elegancję i maniery. Do tego z ogromnym poczuciem humoru. Sytuacyjnego i  filozoficznego. Lubił – dla przykładu – wygłaszać sentencję w rodzaju: „ Bo życie ludzkie jest jak długi żelazny most”… i czekał, aż ktoś zapyta: Dlaczego? Wtedy padała odpowiedź wygłoszona z uśmiechem: „A bo ja wiem…?” O obozowej przeszłości Tomek z własnej ochoty nie opowiadał. Wiedzieliśmy, że utrzymuje ożywione kontakty z byłymi towarzyszami niedoli oraz tymi, z którymi w okolicy obozu współpracował, ale cienia chwalby unikał. Nawet, gdy wydał książkę wspomnieniową, umieszcza siebie w tle. Moim zdaniem, dużo odleglejszym od faktów. Dopiero z książki dowiedziałem się, że po aresztowaniu przez gestapo, które wpadło na ślad rodzącego się podziemia, było bardzo źle. Ale i w tym opisie osobista skromność bierze górę nad jakże modną potem, i po dziś, ochotą do samogloryfikacji. „ Podczas przesłuchań szybko traciłem przytomność i chyba to tylko było powodem, że zamknąłem się w uporczywym milczeniu”… Oczywiście- przesada; gdyby był przytomny też by im nic nie powiedział, ale jeśli sam stawia taki znak zapytania, to i jakby przekazuje go też w spadku. Zwłaszcza tym, którzy niczym ( albo mało) ryzykują, ale… wszystko wiedzą najlepiej. A gdyby tak czasem pomyśleli: „Jak ja zachowałbym się bity, zastraszony i w obliczu zagłady? Nie omawiając przeszłość, lecz widząc siebie w konkretnej sytuacji?!”Piszę to celowo, właśnie teraz, gdy uroczyście obchodzono kolejną rocznicę wyzwolenia superkaźni. Gdy były przemówienia, listy, dzielenie zasłużonych słów uznania. Bo dziś, wielu młodym może się coś takiego jawić jako opowieść o tak odległej historii, że ich to w żadnej mierze „nie dotyczy”. DOTYCZY – na zawsze. Proponuję spróbować zostać przy osobie dziennikarza Tomasza Sobańskiego. Najcięższą próbę życia zaczął przechodzić mając lat 17! Wtedy narzucono Polsce wojnę i wtedy młodziak stanął w obronie. Wszystko, co POTEM też dotyczy młodziutkiego mężczyzny; w dzisiejszych pojęciach – przed wejściem w pełnię życia. Nic to, że zamknięte w czasie stanowi pożółkłą fotografię. Faktycznie nadal dotyczy młodzieńczości i w skojarzeniach,” na zawsze” powinno prowadzić do porównań niejako rówieśniczych. Także w czasach komputerów, blogów i kolejnych. Ba, dla przypomnienia tego, co było, nawet dzisiejsi i następni mówcy oraz autorzy uroczystych adresów też będą jakby ojcami i dziadkami TAMTEGO pokolenia. I zgodnie powinniśmy nie tylko czcić, lecz też SOBIE odpowiadać na pytania, które tamci młodzi w spadku zostawili. Czyli- czy czynimy tak, jak oni wymarzyli, że będzie? Czy przypadkiem na plecach historii za łatwo nie jesteśmy egoistami? Tomek – dziennikarz sportowy tak by nie zapytał. On i potem robił, co mógł, żeby być w zgodzie z tym, w imię czego siebie, wraz z rówieśnikami rzucił na szalę…

komentarze (0) | dodaj komentarz

Echa Wydarzeń

piątek, 26 stycznia 2007 14:39
Platini, i … co dalej? Dalej będziemy pępkiem świata? Osobiście się cieszę, że szefem UEFA został Michel Platini. Nie dlatego, że wróżąc z fusów, spodziewam się, iż on właśnie poleje oliwę na konflikt ministerstwo sportu RP- PZPN. O prognozie, a właściwie o diagnozie powiem parę słów później. A Platinim cieszę się dlatego, że:

- To w przeszłości tak znakomity piłkarz, że wiedza o jądrze tego sportu nie może być kontestowana. Po prostu z boiska do władzy przenosi osobisty autorytet. Oczywiście, jak często w życiu, może się zdarzyć, iż zależność punktu widzenia i siedzenia może dać jakieś deformacje, ale miejsce startu to jednak wyłącznie czas optymizmu;

- Władzę objął przedstawiciel młodszego pokolenia. Rocznik 1955. Dla większości czytelników tego bloga ta data to pewnie symbol „seniorstwa”, lecz w sportowej praktyce federacji, taki działacz to ledwie „junior starszy”. No, z prawem do przesady, ale nie za wielkiej. Bo sport wprawdzie ma w jądrze dzieci i młodzież, ale rządy niezmiennie najchętniej sprawują seniorzy. Osobiście nie dzielę możliwości wedle metryk, ale gdzieś w tle zawsze jest sprawa jakości kontaktu rządzących i rządzonych. Tu może Platini będzie bardziej wrażliwy; bo lepiej pamięta siebie, z boiska, i może następcy, jako młodsi, ale koledzy więcej mu powiedzą…

Dalej. Co z „ naszym futbolem”? Wyznam, że coraz bardziej mnie sytuacja denerwuje. Nie tylko sytuacja, ale rodzime w niej zachowania. Wmawiamy sobie, że to pępek świata i dziwimy się, że dla międzynarodowego światka ledwie rutynowe kulisy. I mamy za złe, że ONI są … tacy, jacy są.

Pójdę dalej. Zachowujemy się jak mocarstwo, a brniemy w coraz dalszy zaścianek. Niech przyjadą i obejrzą… To ONI mają interes i obowiązek „obejrzenia”, czy MY wyjaśnienia IM, jako sportowym decydentom? I jak się zdziwić, że FIFA reaguje przypomnieniem istnienia podstawowej, opisanej w przepisach hierarchii? To tak jakby przypominać, jakie są zasady wręczania damie kwiatów- w opakowaniu, czy bez, łodygą na dół, czy do góry… Wiem, że bałamucących styl przykładów - zatrzęsienie ( jakby najstarsza z zasad: nie matura, lecz chęć szczera zrobią z ciebie oficera, w nowych mutacjach „miała prawo” egzystować), ale przecież rodak- człowiek mądry. Potrafi, co słyszy, widzi i wie przepuścić przez sitko własnego rozumu. To, że co trzeci w blogach, czy mailach snobuje się na rażące błędy ortograficzne, nie znaczy, że faktycznie nie umie pisać, czytać i myśleć. I wie, że patalogia, to błąd, że filipinka nie zastąpi filipiki i tak dalej… Rodak szybko wyczuje swąd. Gdy np. kurator głosi najpierw, że zmienia skład delegacji, a dopiero po niewczasie, że … jest dobry, wyrozumiały i tylko delegację uzupełnia. Wszystko dla kompromisu! Przez fałsz?! A czy nie niesie swądu „mediowanie” europosła? Jest obserwatorem kongresu, a przez media głosi jakby był, jeśli nie mandatowym uczestnikiem, to przynajmniej gościem honorowym. Też- wszystko dla kompromisu! A wcześniej informowanie mediów, który delegat, jaką klasą w samolocie leciał. Że to niby bilet ponad stan, bo można było taniej. A że potem ktoś prostuje, że było tak tanio, ja być mogło…? Czy tak się buduje kompromisy? I jak potem rzeczywiście wyglądają „nocne rodaków rozmowy” oraz co zawierają późniejsze telefony do Warszawy i telefony z Warszawy? I w ogóle, jak łączenie zaściankowej mocarstwowości z budowaniem kompromisów metodą… mnożenia konfliktów i karmieniem opinii półprawdami – może dać sukces? Awanturę wzmóc może – owszem, ale podobno chodzi o terapię i ozdrowienie. I co - lekarzem będą FIFA i UEFA, które raczej się do tej roli nie pchają, ale są wpychane…?

komentarze (0) | dodaj komentarz

Echa Wydarzeń

środa, 24 stycznia 2007 10:42

Nie dożył Nobla! Odchodzę od głównego nurtu poruszanej tu dotychczas tematyki, zostawię ją na koniec. Są sprawy ważniejsze od sportu oraz konfliktu jego ministra ( czytaj – administracji) z zarządem PZPN ( czytaj- samorządem; dobrym, złym- ale wybieralnym).

1.Ryszard Kapuściński nie żyje! Wróżono mu nawet Nobla, dziś jedyną nagrodą zostały peany w nekrologach i wspomnieniach. Arcymistrz dziennikarstwa, arcymistrz literatury, reportażu. Człowiek jakże mądry, a równocześnie cichy, skromny, łatwo się uśmiechający, przystępny. Parę lat mieszkał w sąsiednim domu i chodziliśmy na spacer po parku, do którego wchodzi się z podwórka. Gadaliśmy o wszystkim. Słuchał pilnie, taktownie wygłaszał swoje opinie. Wspomnienia, oceny, to i owo o znajomych „ze środowiska”. Pamiętam też, jak się radził w sprawie stawu biodrowego, akurat mu dokuczał.

Kilka miesięcy temu znalazł zapracowany Kapuściński czas by się spotkać z moimi kolegami z roku uniwersyteckiego. Porównywano dziennikarstwo różnych czasów. Podobno było rewelacyjnie ciekawie. Dyskurs planowano rozwijać. Czy już wtedy wiedział, że jest chory? Jeśli nawet tak, to nie dzielił się tą wiedzą, zdając sobie sprawę, że z tą chorobą jeszcze się nie wygrywa. Dwa tygodnie temu dowiedziałem się, że jest w szpitalu. Pisarka, która Go odwiedziła, powiedziała ojcu, że „wczoraj nawet wyglądał lepiej, niż poprzednio”… Wiadomo jednak było, że to raczej kwestia czasu… Odszedł Mistrz. Odszedł Mądry Człowiek.

2. Poszedłem do swojej przychodni. „Zapisać się do lekarza”. Jak dziesiątki tysięcy ludzi każdego dnia; niezależnie od wieku, stanu i statusu. Com się przy okazji nasłuchał…?! Gdybym był profesorem Religą, pewnie powiedziałbym „pas” z pozycji ministra i został przy sławie kardiochirurga. Sława ministerialna nie przyjdzie. Brak pomysłu!W gruncie rzeczy jako warunek poprawy sytuacji, niezmiennie stawia się jeden: musi TO każdego z nas więcej kosztować; „podatkowo”, „dobrowolnie”- ale więcej. I patrząc na historię, brak jakiejkolwiek gwarancji, że „więcej dać” będzie rzeczywiście oznaczać „ więcej wziąć”. A minister za chętnie, za łatwo się w takie scenariusze wpisał. I stał się odporny na prawdę. Że na chorowanie z szansą starań o wyzdrowienie stać dziś wyłącznie ludzi zamożnych. Profesor da sobie radę, ale miliony nie-profesorów?

W aptece, która jest w przychodni znów zobaczyłem, że pacjenci rezygnują z części leków na receptach. Nie wedle skuteczności, według ceny… TAM też posłuchałem sobie, co ludzie myślą o tegorocznej waloryzacji emerytur. Z grubsza- że ani to prawo, ani sprawiedliwość. Bo prawo nakazuje państwu wywiązywanie się z przyjętych oraz ogłoszonych zobowiązań; a sprawiedliwość – dyktuje dbałość o to, by system był sprawiedliwy ( wedle czasu, wkładu pracy, wpłat - jasnych kryteriów.), a nie bazował na doraźnej jałmużnie, dawanej wedle wzorca ustalonego w … głosowaniu. I słuchałem pytań, czy rządzący popytali własnych matek i ich znajomych; czy pomyśleli, że oni kiedyś też będą emerytami, czy w ogóle ich coś poza ewentualnymi głosami obchodzi? Czy zdają sobie sprawę, że swoim dzisiejszym postępowaniem miliony rodaków opisują jako „balast społeczny”? A to, co usłyszałem o ministrze G.( który wydaje się chory, gdy mu mikrofonu nie dadzą, a gdy szansę wywalczy, opowiada takie rzeczy, że nawet telewizor jest zagrożony) – tego nie przekażę! Tzw. moderator może się sprzeciwić. I będzie dalej jak w dowcipie, że dziś u nas trzy osoby na dziesięć żyją w stresie. A reszta? Reszta- w Anglii…

Niestety, starsi bez takich szans. Mogą  tylko o ministrze myśleć, że to nie dla niego posada. I ponarzekać, że "wyżej " tego nie chcą zobaczyć...

3. Idę do sportu. FIFA, UEFA, minister, prezes, kongres, zwieszenie, ustawa i tak dalej. Delegacja „ jako wyraz kompromisu” ( zamiast sekretarza- europoseł Czarnecki, czego UEFA nie uznała!) i udawanie, że to wyraz dobrej woli kuratora. I wciąż brak choćby cienia pokory oraz innej nad przymus  chęci naprawy. Nadal uparta mocarstwowość. Głęboko prowincjonalna. A gdzie piłka?   

komentarze (1) | dodaj komentarz

 1234  »

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 12 marca 2010

Licznik odwiedzin: 156777

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

jako dziennikarz ( sportowy)- przez "ładnych parę lat"- nie widzę powodu do zachowania dzisiejszej refleksji dla siebie. "Echa wydarzeń" - to kontynuacja felietonu dawniej prowadzonego.

Galerie

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 12.03.2010 11:51:03
  • autor: grzegorz-laskowski-59120605437
  • treść: Grzeh tu był i wiado...