ECHA WYDARZEŃ: Medal już zabrzęczał w wyobraźni, i zapachniał, a przyszło obejść się smakiem. Szczypiorniści zajęli czwarte miejsce w mistrzostwach Europy, oddając na finiszy medale brązowe Islandczykom. Tu Barnaba popełni swego rodzaju herezję. Bo w czasie, w którym sport ceni jedynie zwycięstwa, miejsca na podiach, punkty i premiuje dodatkowo ( materialnie i zaszczytami) wyłącznie medale, przypomniała się jednak prawda podstawowa- że nie zawsze sportowa przegrana jest porażką w pełnym tego słowa rozumieniu.
Bywa, że styl walki- nawet, jeśli start sukcesu statystycznie ważnego i liczącego się w rankingach nie przyniósł, to jednak dał ważne procenty. W postaci społecznego uznania, satysfakcji, przekonania, że jednak starali się jak mogli. Może nawet, w obecnej fazie rozwoju tej drużyny- bardziej niż obiektywnie byli w stanie. Oczywiście najlepiej zdobywać sympatię razem z medalami i tytułami, ale... na to też będzie czas...
Zespół prowadzony przez Bogdana Wentę wstępną fazę przebrnął wspaniale. To on sprawiał sensacje, gromiąc faworytów. Z czasem siła ( i "wymowa") ataku nieco osłabła, ale duch ofensywy pozostał. Nawet nadto wyraźnie przegrywając ( ośmioma bramkami!) ostatni mecz- nie powiedzieli „pas". Dawali dowody, że nie tylko marzą o odrobieniu strat, ale się o to starają. Do końca, do ostatnich sekund. Tak wtedy, gdy pierwszym rywalom odbierali szanse, jak i wtedy- gdy w puli bliskiej medalom inni nam szanse odbierali. Grali twardo, agresywnie, nie szczędząc sił, nie narzekając, że boli, ani nie tracąc ducha w trudnych chwilach. Czyż taki zbiór cech nie zasługuje na brawa? W pełni zasługuje.
Reprezentacja wykazała wszechstronność graczy, niebywałe atletyczne przygotowanie. Te rzuty na bramkę, gdy piłka osiąga szybkość nawet ponad 100 km na godzinę! I ów wulkan energii, niespożyte jakby siły mentalne... Pchające do ataku w każdym meczu, pokazujące wolę oraz złość sportową.
Nie Barnabie rozkładać polskie granie na czynniki pierwsze. Powie, iż owa stawka na agresywność go urzekła. 'Równocześnie jednak zdało mi się, że czasem- w ważnych chwilach- jakby za bardzo podgrzała krew, która powinna być zimna. Wtedy rywale kontrowali; bywało niestety, że skutecznie. I odnosiłem wrażenie, że gdyby dało się położyć na szalę wagi wydatek naszych sił na jednego gola oraz to samo na szali rywali- mogłoby się okazać, że... tu są właśnie rezerwy przyszłości. Gdy na podstawie już ukształtowanej woli do walki agresywnej i fizycznych walorów temu sprzyjających uda się dorzucić finezję, coś ze sportowej chytrości oraz wszystko to zgrać jak należy, to ... No, właśnie. To świetna i wielce już zasłużona bojowa drużyna stanie się zespołem marzeń. Jak kiedyś amerykański Dream Team w olimpijskiej koszykówce. Możliwe? Możliwe! Przy takim, jak przeżyte „już" myślenie o jeszcze piękniejszym „ jeszcze" widzę, jako oczywistość...
PS: Nie komentuję oświadczenia trenera Wenty w sprawie meczu półfinałowe. Jak to- zdaniem trenera- sędziowie psują grę. Odważne, bardzo gorzkie, godne w słowach i sformułowaniach. Warto je przeczytać i przemyśleć. Jest w sieci. Barnaba nie czuje się powołany do recenzowania ani wyważania proporcji tego, co w oświadczeniu odbija nastrój zawodu wywołanego chwilą, a co jest słowem w obronie sportu i jego pryncypiów. Grzebiąc w pamięci nie znajduję jednak podobnych opinii, publicznie wyrażanych przez ludzi szkolenia. Tym mocniejsza wymowa trenerskich słów... A że słowa krytyki lepiej brzmią po meczach wygranych, niż przegranych- też święta prawda. Francuzi, Chorwaci, Islandczycy na boisku byli przecież świetni... To przecież nie było tak, że gorsi na boisku dostali premię zwycięstwa!
ECHA WYDARZEŃ: Randdal ma rację- lekko naszym szczypiornistom teraz nie będzie! Francuzi nie tylko odebrali zwycięstwo drużynie już nawykłej do sukcesów, ale dali nam też lekcję pokory. „Po prostu"- byli lepsi. W sztuce i pomyśle na granie. Nie pierwszy zresztą raz- to z dawna przecież wielka drużyna. Nie wiem skąd się wziął w nas ten nastrój, że drużyna Wenty, Bieleckiego i Szmala i tę przeszkodę weźmie z krótkiego rozbiegu...?
A co to było z nami? Zmęczeni? Przeżywający ów jeden słaby dzień w turnieju? Za bardzo obolali? Nie wiem. Trener Wenta mi się znów spodobał. Nie narzekał na rywali, na sędziów, na świat. Ocenił: „Graliśmy do d...y"! Otóż to! Teraz problem- wrócą siły i sportową złość znów uzupełnią? Nadzieja- że TAK...
PKOl ogłosił skład ekipy olimpijskiej na zimowe igrzyska. Pojadą w wielkiej sile- bo w 46 aż zawodników. Tak bardzo poprawił się nam stan rodzimych sportów zimowych? Zwłaszcza, że oficjalnie i w kasie obowiązuje teraz zasada: igrzyska to nie sam start, nie wyprawa po naukę, lecz starania o sportową sławę. Dlatego obecny prezes PKOl przeforsował już wcześniej zasadę, że i premie oraz nagrody są tylko za medale. Dla autorów, współtwórców- ale wyłącznie za medale... Chcę móc uwierzyć, że wystawiamy 46 olimpijczyków z szansami na miejsca w czołówce, bo kandydaci ta podium- to są, ale ... liczeni wciąż na palcach jednej ręki.
Do ekipy „produkcyjno -sportowej" oprawa „ obsługowo-reprezentacyjna". Żeby obsługa sportowców była należyta- nigdy za wiele starań. Żeby reprezentacja była „jak należy" i kierowanie sprawne- to już zdaniem Barnaby ciut inna kwestia. Może nawet dolegliwość, z której się już sport nie wyleczy, bo tak polubił owe nagrody bez większych zobowiązań, że...
Studiuję tę listę ekipy- drugie tyle, ilu sportowców tzw. osób towarzyszących. Każdy ważny, każdy na oko potrzebny, ale w sumie... Zamożny mamy sport, jeśli nas na to stać. A przecież poza listą nominowanych przez PKOl jeszcze oprawa będzie zapewne bardziej błyszcząca i liczna. Członek MKOl - z urzędu ( i może z małżonkiem), nie wyobrażam sobie wyprawy bez ministerstwa sportu- jako że to przecież ono ( tzw. budżet, administracja państwa) za stan sportowego przygotowania reprezentacji odpowiada. Odpowiednie komisje parlamentarne też mają prawo chcieć przynajmniej zwizytować. Sponsorzy... zazwyczaj wspomagając, też chcą zobaczyć... Czyli - będzie z naszej strony znów tłumnie. Zamożnie, dostatnio, zapewne kolorowo i reprezentacyjnie. A na arenach rywalizacji? Zawieszam pytanie, mając nadzieję, że... Ale- ilu z 46 zdoła dać dowód, że trzycyfrowa w sumie ekipa odbija naszą sportowo-zimową rzeczywistość?
"Pandorra" napisała świetnego bloga, o - upraszczam- tym, że rodak dopiero się czuje dowartościowany, jeśli znajdzie sobie wroga. Coś w nas z tego jest rzeczywiście! Pan Janek T. drzewiej bramkarz, teraz mieniący się publicystą ( wedle mnie- krytykant z wyboru, nie krytyk) sobie kolejnego nieprzyjaciela znalazł. Teraz już zbiera manto Smuda. Za wyprawę z marną drużyną na marny turniej... Pewnie pan Janek ma tu nawet dużo racji, ale- jak go znam- nie o rację mu chodzi, lecz o atakowanie. Czasem, jeśli dwaj mówią tak samo, nie oznacza tego samego... Pan Janek lubi regułę obsesji.Jak nie Listkiewicz- to Janas, jak nie Janas- to Beenhakker, jak nie Boniek, to Lato... Byle do przodu, „wyprzedzającym lewym prostym"... Może to jest metoda? Bo przecież chętnie cytują, dają ucha, zapraszają do publicznych występów, komentują...
ECHA WYDARZEŃ: Odezwały się medalowe dzwoneczki; zapachniał wielki sukces. Po jednobramkowym zwycięstwie piłkarzy ręcznych nad Czechami- jest miejsce w decydującej puli. Było straszliwie ciężko, było też szczęśliwie. Nie ukrywajmy- grali gorzej niż wcześniej, za to Czesi koncertowo. Nasi jakby starali się przełamać impetem, Czesi kontrą i kombinacją. W końcu decydujące słowo należało do tych, do których należeć powinno. Bo, jak to przed meczem mówił trener Bogdan Wenta? „ Jak nie teraz, to kiedy?" Przypomnę jeszcze, że wcześniej głosił, że:" Jesteśmy w takiej grupie, że każdy może każdego pokonać i każdy z każdym może przegrać."
Jedno i drugie okazało się diagnozą trafną. Podobnie, jak męska ( taka „po amerykańsku") ocena, że „chłopaki mieli wielkie jaja", jako że przy takim serialu „głupich błędów" jednak wspięli się na szczyt zwycięstwa...
Wenta potrafi jędrnie komentować. Jak umie trenować i prowadzić drużynę pod względem taktyki oraz nastawienia. Że czasem słowa padają mniej cenzuralne? Tak, ale po pierwsze to nie pensja dla grzecznych panienek; po drugie- dzieje się to tylko w chwilach, gdy taki „skrót myślowy" skutkuje bojowym nastrojem; po trzecie-.... a sami, to jak dziś rozmawiamy? Słucham pod trzepakiem gimnazjalistek spędzających dużą przerwę na papierosku i... wiem, że nawet pan Wenta mógłby się zarumienić, gdyby panienka doń wystąpiła z takim tekstem...
Pewne, że dziś właśnie Bogdan Wenta jest jednym z najbardziej popularnych ludzi w Polsce. Urodzony na wsi kociewskiej w listopadzie 1961. Absolwent dobrego gdańskiego gimnazjum, od 17 roku życia wyczynowo grający w piłkę ręczną. Poczynając od gdańskiego Wybrzeża- tam „Wentyl" ( ksywa) grał 11 lat. Przez kluby kilku państw kontynentu. Z wielką FC Barcelona włącznie. Meczów i sukcesów zatrzęsienie. Prawie 200 występów w reprezentacji Polski ( oficjalne mecze-185), 46 w ... reprezentacji Niemiec, tam z piątym miejscem olimpijskim włącznie...
Z czasem- po orle czarnym, znów biały... Nie Barnabie analizować tę drogę, a właściwie jej środkowy odcinek. Wenta: „Pochodzę z Pomorza, a tam chyba każdy ma jakieś związki z Niemcami"...
...„Zmieniając reprezentację, nikogo nie zdradzałem. Dla mnie zawsze najbardziej liczył się start w igrzyskach. Pojechałem do Sydney z Niemcami. Było to wielkie przeżycie. Zrobię wszystko, aby czegoś podobnego dostąpić z polską kadrą już jako trener...
...„Nie zapominam, gdzie się urodziłem, gdzie mieszka moja rodzina i gdzie nauczyłem się grać w piłkę ręczną. Zawsze czułem się Polakiem i teraz chcę odwdzięczyć się krajowi, który dał mi tak wiele".
Teraz Wenta trenuje reprezentację Polski i kielecką Vivę. I wciąż jest człowiekiem o nadzwyczajnym temperamencie oraz sile przekonywania innych. I wciąż na swój sposób niepokorny i jeszcze niezaspokojony. Nie jak w roku 1989, kiedy to podczas meczu Wybrzeża, Wenta zbulwersowany skandalicznym- jego zdaniem sędziowaniem oblał arbitrów wodą mineralną. Został zawieszony, nie mógł wystąpić w meczach decydujących o mistrzostwie Polski, a gdański zespół przegrał walkę o tytuł. Dziś jest starszy - ale wciąż reagujący namiętnie. Na boisku, czy z boku- zawsze aktywny członek zespołu... No, i - grają dalej! ONI i ON też...
ECHA WYDARZEŃ: Wenta, jak kiedyś niezapomniany Wagner... Coraz częściej słyszę i czytam taką opinię o trenerze piłkarzy ręcznych. Coś jest w tym przyrównaniu współautora sukcesów szczypiornistów do „kata" dawnych siatkarzy. Jeszcze poza wspólnym mianownikiem zdecydowanej ofensywy na pozycje najbardziej w świecie sportowym cenione.
Co jeszcze znajduję wspólnego? Jędrność języka i odwagę w publicznym formułowaniu zadań. Przypominam: Wagner jadąc na wyprawę olimpijską mówił: „Interesuje nas tylko złoty medal"... Głosił to z pozycji szefa drużyny już mistrzów świata, ale i tak byli tacy, którzy tezę mieli za złe... Wenta też rozmawia twardo. Nawet, jeśli ma obawy, to zgłasza je nie „przed", a „po"- kiedy był happy end. Jak teraz po meczu z Hiszpanami w mistrzostwach Europy. Nasi wygrali koncertowo, choć wcześniej to Hiszpanie bywali górą, co mogło zbudować kompleks. Nie zbudowało, raczej stanowiło doping, budząc tę wspaniałą sportową złość, co niewątpliwie także Wenta współsprawił. A że dopiero po meczu nie krył, iż miał też obawy.... To też umiejętność, by tak mówić, gdy już skrzydła wniosły na szczyt...
Ładna jest ta piłka ręczna. Takie starcie wręcz z piłką w garści. Ogromnie to atletyczne i nie dla Adonisów... Szybkość, siła, nerwy zapewne napięte, a jednak trzymane na wodzy, Każdy rywal tylko marzy, żeby konkurentowi puściły... No i ci bramkarze! Nie ostatnia instancja, jak w futbolu, ale jakże często pierwsza rola... TVP przegrywa z nami, bo kiedyś przegrała szczypiorniaka...
Nasi grają dotychczas b. dobrze- święta to prawda. Same zwycięstwa nad tak wybornymi rywalami, że każdy miał nie obowiązek, lecz i prawo myśleć o medalu, i jeden remis. Ze Słoweńcami. Może jeszcze ważniejszy od zwycięstw, bo osiągnięty przez drużynę przegrywającą. Ktoś inny już mógłby machnąć ręką, oni - nie... I za ten egzamin w próbie charakterów cenię ich jeszcze bardziej , niż za remis.
Dalej? Z Czechami. Że niby teoretycznie najsłabsi w stawce, więc... Teoretycznie, to już przypomnieli. Bo pokonali tych samych Słoweńców, którzy wcześniej sprawili naszym tyle kłopotów... Może „polski" wkład sprawił, ze Czechom było potem łatwiej... Może, ale też może znów przypomniała się prawda, że w turnieju każda drużyna ma niespodziewany słaby dzień, i każda jakiś nadzwyczajny... Nasi jeszcze owego „słabego dnia" nie mieli... Czyli- gramy dalej, już bardzo dużo ugrawszy w turnieju o kolejną porcję sławy. Ale- granie wciąż nie na mecie...
Zakopiańskie skakanie na nartach. Ładne widowisko. Kolorowe, uśmiechnięte... Jak kiedyś, kiedy „prezydentura" je udziałem przyozdabiała. Dziś najwyższe władze jakoś sportu nie odwiedzają. Czasem- przyjmują, by pogrzać się przy kominku sukcesów bez potrzeby opuszczania domu... Margines- jądro jest sportowe.
Co rzec? Że dwakroć zgadzam się a Adamem Małyszem. Gdy raduje się ze zwyżki stopnia dyspozycji osobistej. I gdy martwi się, sygnałem, iż potencjalna drużyna jakby w rozsypce. Sezon olimpijski zaczęła obiecująco, teraz przedwcześnie oddaje pole... Ja też się martwię, ale nie Barnaba, lecz prezes Apoloniusz tym interesem rządzi i ma obowiązek wiedzieć- i powiedzieć, gdzie prawda? Czy co na początku- było sztuczne, czy- co jest teraz jest „planowe", zaś w dniach olimpijskich, po BPS ( bezpośrednie przygotowanie startowe) będą zmiany na lepsze. Dziś w każdym razie znów jest stary układ- Pan Adam i.... wiele, bardzo wiele kropek. Do tego, Pan Adam słusznie rad, iż wiedzie mu się z każdym tygodniem lepiej, ale... jednak jeszcze oglądający bilanse rozgrywek spoza podium. Blisko podium, ale wchodzą na nie inni. I, w odróżnieniu od skrajnych optymistów, przewiduję, że igrzyska wyraźnie tego sezonowego układu nie zmienią... Tych piekielnie mocnych jest teraz za wielu, by nagle wszyscy stan apogeum możliwości opuścili... Raczej może ktoś jeszcze wystrzelić. Jak kiedyś Amman, którego „ nie było", a na igrzyskach faworytów rozgromił...
ECHA WYDARZEŃ: Ach, ten Randdal! Punktuje bez litości, a sam dobrego przykładu na blogowisku dać mi nie chce. Gejzer, wulkan, lawa różnorodnej energii- praca, rodzina, nauczanie, samosportowanie ( w czasowym wymiarze wyczynu), kucharzenie ( też „wyczynowe"), nalewkowanie na miarę dawnych rodaków; goście, kino, książka, wyprawy zasłużone prawo do miana ulubieńca wielu blogowiczek, a ... blogowania w sportowym rytmie wymaga od Barnaby. Nie od siebie... Niech będzie, ja Jemu też spokoju nie dam. Bardziej od grafomanienia lubię ... czytanie, co piszą inni. Ergo... ( to było odwołanie do współczesnej klasyki) ... Ale świat się toczy, więc coś tam skrobnę.
- Piłkarzy ręcznych mamy świetnych i pełnokrwistych. Mogą się sprzeczać ze swoim związkiem o stan opieki nad kadrą, ale dla rywali litości nie mają. Teraz, w pierwszej fazie mistrzostw Europy nalali Niemców i Szwedów, co oznacza awans najprostszą drogą. Więcej, to nie tylko kwestia punktów, lecz też dowód klasy i charakterów. Oba mecze- wedle wszelkich rankingów jakby ze strefy medalowej. Oba pełne impetu, walki, w obu świetni rywale robili, co mogli, żeby nie przegrać. I ten trener Wenta, poza boiskiem, a reagujący nawet bardziej żywiołowo od podopiecznych. Jednych to zachwyca, innych gorszy; Barnabie tak długo nie przeszkadza, a nawet się podoba, jak długo dobry smak nie przechodzi w zły. Zresztą Wenta sam przeprosił za reakcję, co też dobrze o nim świadczy. A że zimnokrwisty i tak nie będzie- sprawa jasna. Każdy jest sobą, a jeśli taki trener także zespół sobą niesie, to... No, i - grają dalej!
- Słucham obrad tej komisji hazardowej (antyhazardowej) i nie wszystko rozumiem. Tęsknię za dobrym filmem w TV... A że jest TAM i nitka sportowa? Fakt. Bo to i sportowe ministerium, i przedsiębiorstwo zwane Totalizatorem Sportowym ( kiedyś zrodzone ze sportu- ojca i matki, potem przejęte przez mocniejszych, sport, jako siła główna został jedynie w przymiotniku), i w tle hasło EURO 2012. Że jeśli dopłaty do uczestnictwa pogoni za szczęściem- to łatwiej się to i owo-obiecane- wybuduje; a bez dopłat będzie trudniej, więc... Nie recenzuję, bo „mecz" trwa, a przed ostatnim gwizdkiem nie uchodzi. Nawet, jeśli już mi nudno.
Jedną zbitkę jednak sygnalizuję: sportowe obowiązki roku 2012. Złączenie przeogromnej inwestycji pt EURO z startem olimpijskim w Londynie, który tzw. budżet ma obowiązek porządnie przygotować. A przypominam- przygotowanie jednego olimpijczyka igrzysk 2008 kosztowało ponad milion. Taniej już nie będzie, zapewne drożej. Starczy w budżecie ministerstwa sportu pieniędzy na jedno i drugie? Nie mnie odpowiadać, ale zapytać można, prawda? Nawet trzeba.
- Jeśli kamerton wydarzeń podaje m.in. ton olimpijski, czas na przypomnienie, że:
Zarząd PKOl uchwalił regulamin nagród za wyniki na najbliższych "białych Igrzyskach"- od 12 lutego. W konkurencjach indywidualnych premia za medal złoty wyniesie do 250 tysięcy złotych, za srebrny - do 150 tysięcy a za brązowy - do 100 tysięcy złotych. Drużynowo, sztafetowo- po ok. 70 proc tej sumy na osobę... Premie mają też dostać macierzyste związki sportowe medalistów, tam trener medalisty, sztab techniczny i medyczny; nawet sparingpartnerzy itd.
Jak się ostatecznie wykosztuje PKOl, ile przyjdzie mu wydać? Barnaba, jak inni miłośnicy sportu, marzy by tu budżet olimpijski zatrzeszczał. Najwyżej jakiejś gali nie będzie, za to medal zaświeci na zawsze... A jeśli się trafi -oby- liczba mnoga...?! Randdalu- miałby ktoś coś przeciw temu?
niedziela, 14 marca 2010
Licznik odwiedzin: 156848
| « styczeń » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | ||||
| 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 |
| 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 |
| 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 |
| 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 |
jako dziennikarz ( sportowy)- przez "ładnych parę lat"- nie widzę powodu do zachowania dzisiejszej refleksji dla siebie. "Echa wydarzeń" - to kontynuacja felietonu dawniej prowadzonego.
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: