Kto zamawiał budzenie…? Dziś nie ma problemu. Budzik kosztuje parę złotych, jest też w komórce, w komputerze, Kiedyś zamawiało się budzenie telefoniczne. O określonej godzinie ( albo i później, jeśli pani jedna, a zamówień wiele), odzywał się dzwonek, a potem głosik: „ Jest godzina….Pan zamawiał budzenie?”… Teraz to wygląda bardziej nowocześnie, a czy równie skutecznie? Czas pokaże.
Właśnie w roli „panienki budzącej” wystąpił Michel Platini, fenomenalny ongiś piłkarz reprezentacji Francji, od pewnego czasu szef UEFA- europejskiej centrali futbolu. Tej, która jest właścicielem m.in. imprezy pt EURO, i tej, która Polskę z Ukrainą zaszczyciła prawem organizowania EURO 2012. Prawa właścicielskie oczywiście sobie zostawiając. Otóż pan Platini, niezależnie od tego, że jego służby kontrolne przebieg przygotowań sprawdzaj. ( a może-dlatego, że sprawdzają!) dość głośno zaapelował: „OBUDŹCIE SIĘ!” To taka piłkarska wersja „ Pan zamawiał budzenie?”, z wykrzyknikiem, nie ze znakiem zapytania/ Okrzyk ( wcześniej bywał doping na piśmie) ma adresatów – na Ukrainie i u nas.
Kto „zamawiał budzenie”? Osoby- ze szczytu władzy administracyjnej, w tym dwaj kolejni premierzy w towarzystwie kolejnych ministrów. Głowa Państwa- słowem i obecnością uświetniająca m.in. losowanie. Prezes PZPN, który w takich kwestiach nie jest wyłącznie do „towarzystwa i reprezentowania”, lecz stanowi „przedłużone ramię UEFA” - nie do dziękowania Platiniemu za nastawienie nam budzika, ale do roboty... Każdy, kto proponował, a potem dał gwarancje, świadomie także „zamówił budzenie”. Co właśnie Platini grzecznie wykonuje… Przypomina, kto przyjął, kto z własnej woli wziął zobowiązanie, i kto zagwarantował.Dobrze-myślę- że patrzą nam na ręce, i zaglądają w kalendarz. Może właśnie z takich procedur oraz drażniących ambicje napomnień wyniknie pomoc. Może to będzie antidotum na kiszenie się we własnym sosie, niesnaskach i ochocie do zastępowania czynów słowami.
Może wreszcie kalendarz posłuży sternikom do nawigowania, a nie spis pomysłów. Może…
I gdy dziś właśnie czytam ministerialne słowo, iż w drugi kwartale rząd omówi i przyjmie długofalowy, nawet wieloletni plan przygotowań do EURO, nachodzi mnie myśl, że Platini to też przewidział. I dlatego dopinguje. Bo cóż za „długofalowość i wieloletność”, jeśli mamy AD 2006, a meta ma być AD 2012; zaś stan gotowości wcześniej? I co- znowu będzie omawianie, dyskutowanie… Pan zamawiał budzenie, panie ministrze, prezesie…!?- chciałoby się zawołać. Jak uczynił to właśnie wielki na boisku Platini…
Zastanawiające- tzw. materiał ludzki ( brzydkie określenie, ale ponoć fachowe) –ten sam, a walory- jakby zupełnie inne. Dlaczego rodzimi trenerzy nie potrafili wyciągnąć z piłkarzy tego, co wyciąga Holender? W czym jego siła?
Myślę, i kilka odpowiedzi już mam.
Po pierwsze- jest Holender tęgim fachowcem piłkarskim. Nie mnie określać detale, ale musi to być- po skutkach sądząc- wiedza bardzo nowoczesna. I nie zamknięta w liniach boiska…
Po drugie- Beenhakker nie jest „ STĄD”. Przyjechał, pracuje, zarabia, wyjedzie… Nie kupował meczów, nie sprzedawał, nie kaperował graczy do swojej drużyny, nie zabiegał, by sędziował „x”. Nie ma zobowiązań, które miewają inni… Nie znając języka nawet krąg towarzyski ma ograniczony. Taki człowiek może sobie pozwolić na prawdziwy obiektywizm. Przegrałby trener-rodak nie wystawiając do drużyny piłkarza „x” – byłaby awantura; nie uda się Holendrowi – będzie to uzasadnione prawo do ryzyka…
Po trzecie- musi Beenhakker mieć świetny kontakt z młodymi podopiecznymi. Dystans, ale też zrozumienie, umiejętność przekazu, argumentacji. Kumpelstwa, tak w sporcie modnego nie widać, ale zgranie młodych z tym, kto metrykalnie mógłby być ich ojcem – tak. Widać, nawet w telewizorze- jak pilnie słuchają, jak się dzielą radością i smutkiem; jak bardzo im-piłkarzom zależy, by trenera nie zawieść… Takie międzypokoleniowe zgranie to wielka sztuka. Holender, jak dobry nauczyciel, jawi mi się jako wzorzec.
Po czwarte- otwartość, szczerość i skromność. Mimo niebywałego powodzenia ( na poziomie orderowym) oraz popularności na miarą skandowania imienia przez tysiące widzów. O sobie mówi, że … po prostu wykonuje swą pracę, za którą bierze pieniądze ( z misją wcale się to nie sprzecza), w podopiecznych szuka dobrych cech. Gdy „święto” – też nie pcha się na pierwszy plan, staje świadomie dalej niż by reżyserowi wypadało. Umie być publicznie szczery- gdy np. mówi, że na takie boisko, to by psa nie wyprowadził w obawie o stan łap…Z tego wnoszę, że w kontaktach bezpośrednich bywa równie komunikatywny i przekonywający…Wsadzam Beenhakkera na pomnik? Boże broń! Zostawiam to innym, którzy już próbują się pogrzać w tym ciepełku. Po prostu myślę. Jak to się dzieje, że w tych samych warunkach, co kilka lat temu, ze sportowcami, którzy też nie wczoraj rano wzięli się za granie w piłkę- można zdziałać to, co nie udawało się plejadzie poprzedników? To samo, a jednak – zupełnie inaczej. Kolorowo, naturalnie, jakoś zachęcająco… Długo tak będzie? Jest szansa, że dłużej. Nawet, gdyby podczas EURO 2008 miało się okazać, że ( odpukuję w niemalowane), że teraz za dużo chcemy, wobec tego, co możemy…Wierzę, że w takim nastroju, jaki w grupie Beehakkera się wytworzył nawet podatność na frustracje zmalała…
Na marginesie: „Estonię” oglądałem w TVP. I słuchałem. Doceniam wciąż nowe próby sposobu sprawozdawania. Kto nie szuka- nie znajdzie… Pozwalam sobie tylko na uwagę, że ostatnimi czasy są jakby dwie metody. Zakrzyczenie wydarzeń boiskowych- gdy sprawozdawca daje się unieść emocjom; zagadanie- gdy zalew słów komentarza- zasłania wydarzenia. To spotkałem wczoraj. Oczywiście, głos zawsze można ściszyć, albo wyłączyć, ale mnie chodzi o partnerstwo…Po pierwsze- chcę oglądać...
Słucham dziś i czytam, jak panna O. denerwuje się, że tyle szumu zrobiło się wokół jej osoby. Prosi by nie przesadzać, nie dramatyzować i wierzyć, że ona nawet nie dopuszcza myśli o zwolnieniu tempa swego ataku. To mi się podoba, to mi imponuje!
A że sprawa zawodowych niejako dolegliwości w zawodowym sporcie jednak nabrzmiewa- fakt. I często komercja temu sprzyja- zamiast głównych aktorów chronić. Ileż to niedoleczonych urazów? Jakie przeciążenia- gdy trzeba toczyć mecz za meczem, a w coraz dłuższych sezonach życie sportowca – to starty i podróże? Jak nie punkty, to eliminacje, jak nie liga, to puchar… Nawet często brak czasu by się przyzwyczaić do nowej strefy geograficznej! Ilustracje? Zobaczyłem właśnie fotkę naszej gwiazdki tenisowej- Agnieszki Radwańskiej. Oba kolana w opatrunkach! No, ale jeśli się gra 11 meczów w 9 dni, to nawet 18-letni i dobrze wytrenowany organizm zaczyna wołać o odpoczynek… Są radości, są wzruszenia, ale są też sygnały, że człowiek jest wciąż tylko ( i aż) człowiekiem… Ponarzekałem, zwróciłem uwagę i… wiem, że dużo jeszcze czasu upłynie, nim organizatorzy sportu ( prestiżowa impreza to wpływy- bilety, reklamy, transmisje) zaczną bardziej dbać o swoich chlebodawców- mistrzów sportu… Dziś, owszem, dbają, ale o nagrody, o tzw. warunki startu, lecz mniej o ścięgna, mięśnie i w ogóle zdrowie najważniejszego aktora…Przy okazji: bez przerwy ujawnia się, także przez sport i dzięki sportowi, że w człowieku drzemią niebywałe zasoby możliwości. Teraz naszła mnie myśl o tej prawdzie, gdy przypomniało mi się, że rekord świata w skakaniu pań o tyczce wynosi więcej niż 5 metrów ( Isinbajewa- 5.01). Rekord Polski panów na koniec roku 1968 wynosił 5.07! Dawno? Bardzo dawno, damy wtedy o tyczce nawet nie skakały, ale czyż zimne porównanie wyników nic nie mówi? Mówi! Że trening sportowy cuda czyni …
Ku rozweseleniu i rozrywce- pewien adres w sieci. Tam znalazłem zapisy ( pod pozycją nr 5) relacji o wydarzeniach sportowych. Warto posłuchać! By adrenalina znów podskoczyła, a uśmiech wywołany czasem zawiązaniem się języka komentatora w supełek – był życzliwy, nie tylko złośliwy. Ja też się często, słuchając- złości poddaję, ale…weź człowieku „sitko” i gadaj bezusterkowo… Za to, gdy posłuchałem komentarzy ze studia, to już – pomyślałem- przykład, w jaki slang publiczne gadanie nam wpadło. Nie tylko w sporcie, ale w sporcie także I do kogo potem pretensja, że młodziaki pod trzepakiem tak złym językiem się posługują…? A adres rekomenduje. To nie cytowanie dawnych klasyków: „ Cudowne dziecko dwóch pedałów”- o mistrzu roweru; „Murzyn, to ten czarny…- z boksu; „Hiszpańczyk skaka, a Fińczyk biega…” itd– to „żywe słowo” przywołane z przeszłości za sprawą cudownej techniki…
Wspomniany link, sport w części piątej:
http://www.wirtualnemedia.pl/article/2238527_Wpadki_dziennikarskie_-_zobacz_video.htmNiepokój w wodzie! Ten sygnał jest szczególnie niepokojący: Otylia Jędrzejczak ma kłopoty ze zdrowiem. Zatoki, infekcja- dolegliwość pewnie jakby zawodowa; tysiące godzin w wodzie, więc… Boli, meta leczenia nie wiadomo, jak daleko. Gdyby nie to, że sport wszedł w rok olimpijski, a panna Otylia jest naszą wielką nadzieją, można by „tylko” serdecznie współczuć. Że boli oraz dolega. I cierpliwie czekać aż przypadłość minie. Ale igrzyska wprowadzają niepokój. Żeby do Pekinu pojechać nawet wielcy muszą wykonać wcześniej normę. Okazją wkrótce mistrzostwa Europy, a tu wymuszona przerwa w treningu. W okresie tzw. BPS-u ( bezpośrednie przygotowanie startowe), kiedy to pod dyktando trenera i zegarka precyzyjnie powtarza się poprzednie cykle. W skrócie, ale dokładnie: wytrzymałość- szybkość-technika. Fachowcy mawiają, że jaki BPS, taka dyspozycja podczas zawodów. Ma więc wielkie zmartwienie trener Paweł Słomiński. Pannie Otylii nie tylko dokucza fizycznie, ale też pewnie piekielnie denerwuje- bo bojowa to przecież i ogromnie ambitna zawodniczka. W pewnym sensie- boli nas wszystkich. Pozostaje nadzieja, że szybko przestanie i wszystko wróci do dobrej normy. A medale olimpijskie na pannę O.J. i na nas jednak jakoś„poczekają”…
Rozrachunek ze skocznią narciarską jest ciut denerwujący. Nie jest to sezon-marzenie, a do tego pojawiają się jakieś zakulisowe znaki zapytania. Kto trenerem? Czyim? Jeśli lider ( pan Adam) sugerował, by dać sobie spokój ze startem drużynowym w lotach, to, dlaczego opinii poważnie nie rozważono? I był start grubo poniżej poziomu przyzwoitości. Nadal jest jeden mistrz i ubogi dwór! Kiedy droga różami- nawet przez jednego asa- usłana, on sam znaki zapytania wymazuje, ale teraz zaczyna iść, jak po grudzie… Dobrze jeszcze, że panna Justyna Kowalczyk tak biega na nartach, że miło słyszeć. Ale widać… co widać. Mizerię skakania, za to z wielu kamer oglądaną oraz bardzo głośno komentowaną…I za każdym początkiem relacji od budzenia nadziei, że oto właśnie może być "ten dzień". Tylko, słowami i okrzykami ducha sukcesu się nie wywoła...Piłkarze –ligowcy grają. Słychać opinie, że wprawdzie meta daleko, to już można duże pieniądze stawiać. Na Wisłę. Bo taką paczkę pod Wawelem zebrano, i taki styl pracy oraz grania obowiązuje, że…
Nie mam nic przeciw wielkiej Wiśle. Przeciwnie! Marzy mi się wreszcie choć jeden zespół klubowy, na który można będzie postawić. Stawiałem na Wisłę za trenera Henryka Kasperczyka, bo szło obiecująco. Po dziś nie wiem, dlaczego kwiat zmarniał wtedy w fazie pąka. Rozleciało się w różne strony świata. Jeśli ci, którzy dziś budują, wiedzą, dlaczego wcześniej przyszła porażka – jest nadzieja, że błędu nie powtórzą... I że dobry przykład reprezentacji powieli się w Krakowie.
Nie żyje redaktor Witold Domański. Odszedł nestor dziennikarstwa sportowego. Wiek piękny- 93 lata! W naszym zawodzie punkt niebywały! Dorobek dziennikarski- ogromny. Hokej, jeździectwo; „Przegląd Sportowy”, aktywność społeczna w organizacjach sportu. W spadku – artykuły, książki; także syn, też trwale zarażony dziennikarstwem, teraz szef polskiej części „Eurosportu”. A droga życiowa Nestora- typowa dla Jego pokolenia. Żołnierz Września, oflag. Zawsze wierny zasadzie aktywności osobistej. Duży kawał historii zawodu.
Na mecie wekendu…Z góry wiem, że część Czytelników nie podzieli mojego poglądu. Że jestem zadowolony ze startu i 9 miejsca Adama Małysza w lataniu o tytuł mistrza świata. Widzę, że część internautów prezentuje taką samą ocenę, ale część- krańcowo różną. Że „nielot”, że „czas na emeryturę” - jakby emerytura w ogóle miała oznaczać przejście do świata ludzi mało wartościowych- to, jak ocenić ustawę, która daje emeryturę medalistom olimpijskich, 35-latkom? Że- niech prezes Tajner albo zacznie pracować w związki, albo idzie w diabły- nie pcha się „zawodowo” do komentowania… i tak dalej. Różne odcienie krytyk podzielam, z sednem będę się kłócił. Pana Adama nadal admiruję, a teraz czynię to jeszcze mocniej, niż gdy święcił triumf na triumfem. Absurd? Gdyby nie zważać na tło- tak się może wydawać, ale jeśli widzieć wszystko…? Czyli- to, że:
a) Pan Adam dał dowód, iż przezwyciężył kryzys, który paru asów sportu pewnie by na stałe powalił; to wielka sztuka i przykład hartu klasy oraz ducha;
b) w lataniu po mistrzostwo uplasował się wysoko, jak nigdy wcześniej;c) lepiej się naszemu mistrzowi wiedzie, gorzej- wciąż jest w kraju takim liderem, ze nawet wielce obiecujący kandydaci na następców nadal „oglądali tylne końce małyszowych nart”.
A konkurs? Kapitalne widowisko. Latanie, to jeszcze więcej niż skakanie. Trzeba wykazać, jak to obrazowo określił Wojciech Fortuna ( mniej pamiętliwym- przypominam: jedyny nasz dotychczas mistrz olimpijski w skakaniu na nartach):” Trzeba mieć ptasi instynkt…” Oczywiście, jako uzupełnienie wspaniałego opanowania sztuki narciarskiej i wielkiej odwagi… Spojrzeć ze szczytu skoczni przez „sztuczność konstrukcyjną” wydaje się jeszcze wyższa od wkomponowanej w górę; zjechać z prędkością 100 km/godz., by potem jeszcze lecieć dwieście metrów z kawałkiem…A podtekstowe tony zawodu? Może, dlatego, że w rysowaniu nadziei i marzeń nie stosowano miarki realizmu? Małysza to wina, czy…?
Ciepłe słowa o paniach. Justyna Kowalczyk coraz lepiej sprawia się w bieganiu na nartach. To już poziom międzynarodowy. Lubię ten typ sportowca. Przypomnę, że zdarzało się, iż panna Justyna tak przeliczyła się z siłami, że płaciła cenę chwilowej utraty świadomości. Ale nie bała się rzucić na szalę rzeczywiście wszystkiego, i jeszcze ciut więcej… Teraz ma już doświadczenie, a ofensywność dalej wykazuje…
Panna Otylia straciła – "wynikowo"- jeden ze światowych prymatów; na krótkim basenie. I co? Nic. Jest, co odzyskiwać. Podkreślę tylko, ze liderowanie zabrała Japonka. Najbliższe zawody olimpijskie- w Pekinie, kolejna zapowiedź natarcia azjatyckiego sportu?
Panna Agnieszka nie dała na korcie rady Szarapowej. W poprzednim turnieju pokonała liderkę damskiego tenisa, teraz ta wzięła rewanż. No i co? No i – nic! W tej fazie kariery młodziutkiej krakowianki wygrana była supersensacją, przegrana – niczego złego ani nie oznacza, ani nawet nie sygnalizuje… A styl grania, był, jak należy…
Zdanie o piłce. Ligowa znów się toczy. Ale znów w cieniu tego, co „ za linią autową”. A tam- wieści i mało jasnych kryteriach oraz wadach organizacyjnych sprzedaży biletów na EURO 2008. Kiedyż to w lidze boisko weźmie górę nad grą bez piłki?
piątek, 12 marca 2010
Licznik odwiedzin: 156777
jako dziennikarz ( sportowy)- przez "ładnych parę lat"- nie widzę powodu do zachowania dzisiejszej refleksji dla siebie. "Echa wydarzeń" - to kontynuacja felietonu dawniej prowadzonego.
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: