Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Przekładaniec

czwartek, 28 sierpnia 2008 20:25

ECHA WYDARZEŃ: Piłka bywa… kanciasta ( w sferze aferalnej) i niezmiennie okrągła ( w sportowej).  Tak okrągła, że nie wiadomo, w którą stronę poleci. Wiśle poleciała w dobrą ( wygrana nad Barceloną, po wcześniejszym laniu) ma sympatyczną wymowę; Legii – w złą. W marnym stylu przegrała w Moskwie ze średnim raczej przeciwnikiem. Bądź ty mądry i pisz wiersze…- jak w powiedzeniu…

   „Gramy  dalej", czyli blogujemy:         - Zatelefonował Bogdan Tuszyński. Redaktor, doktor- właśnie kończy kolejną książkę. O stanie rodzimego dziennikarstwa sportowego. I o personaliach z tego działu. Był podenerwowany. Że właśnie nabył za 31 zł dziełko historyka-młodzieńca ( rocznik 1980), które było pracą doktorską ( w IPN, pod kierunkiem pana Andrzeja Paczkowskiego, który w odróżnieniu od Autora więcej wie, bo więcej osobiście przeżył), a praca traktuje o polityce i sporcie. Z Wyścigiem Pokoju, jako ilustracją tez. Wiadomo- jakich. Pewnie nie, że to była nasza pierwsza i wizytowa impreza światowa oraz kolebka mistrzowskiego kolarstwa- nie tylko made in Poland…   Tuszyński doktoranta przyjął- herbatę z ciastem postawił. Opowiadał, jak go znam, barwnie i sugestywnie- bo radiowiec. „Rewanż” podobno kiepskiej jakości, bałamutny. Mówi z zazdrością, że ja (kawa „ na mieście”) chyba  w publikacji wyglądam pozytywniej… Nie potwierdzę, nie zaprzeczę, bo nie wiem; nie kupię. Myślałem, że dalej kultywuje się zwyczaj, iż jeśli się „ z kogoś” obficie korzysta, to egzemplarz z dedykacją jest oczywistością. Błąd, tak bywało z rocznikami innymi niż 1980…

  - Trener Dariusz Dziekanowski opowiedział, że podczas EURO 2008 źle się w sztabie kierowniczym działo. Był, ale wtedy milczał. „ Dla dobra sprawy”… Usta otworzył dopiero, gdy p. Bennhakker się z nim rozstał. Maniery- podobne tym, jak wyżej. Odwaga tanieje, gdy ryzyko małe- a jeszcze z milczenia, gdy trzeba mówić- czyni się cnotę. Że też nawet pokłócić się po ludzku nie potrafimy!  Kiedy trzeba, jak trzeba. I żeby coś z tego poza wylaniem żółci wynikało…

 - Dalej. Trener Beenhakker trójkę piłkarzy reprezentacji głośno napomniał i ukarał zaWłaśnie- nie bardzo do końca wiadomo. Rzecznik, prezes- raz jedno, potem drugie… Cała kibicowska Polska się domyśla, co kryje określenie: „ udział w libacji alkoholowej”. Dorośli ludzie. W tzw., wolnym czasie – bo chyba nie przed meczem. Zalali się, narozrabiali, uchybili godności…? Czyjej? Policja, „żłobek”, awantura…? Wyrządzili szkody materialne, nie raczyli naprawić?   Że też nawet takiej sprawy nie umiemy załatwić szybko, sprawnie i bez niedomówień! Żeby raz zabolało, ale potem było lepiej. Takie kręcenie, jak sen innego trenera w olimpijskiej trawie po trzech winach, albo " prezesowska norma" lidera jednej z olimpijskich dziedzin.  A że za dużo gorzały w sporcie, i obok-fakt. Bo środowisko czasem za hermetyczne, sobą może znudzone, i przyzwyczajone do bezkarności. Patron oko przymknie, kibic łatwo wybaczy.  Walę prostym językiem… Bom nie prezes, ni rzecznik…

  - Pan minister ( od sportu) Mirosław Drzewiecki, wyciągając z igrzysk „wnioski pozytywne” daje sygnał, że jeśli związki sportowe się nie naprawią i nie poprawią, to on może zakręcić kurek finansowy. Czyżby? Minister- nie hydraulik, pieniądze- nie woda… Nie władza daje, lecz podatnicy. No, i straszenie, to nie program pozytywny, a ja rzeczowej analizy i pozytywnego oraz szczegółowego  programu od ministra oczekuję. Ciekawe, gdy nie mieliśmy ministerstwa, o porządne analizy i programy bywało łatwiej…

komentarze (4) | dodaj komentarz

UWAGA: więdnie!

środa, 27 sierpnia 2008 11:38

ECHA WYDARZEŃ: Czy porażka może być uznana za sukces? Może. Nawet, jeśli porażką jest wyeliminowanie z Ligi Mistrzów. Bo jednak wprawdzie wynik jest najważniejszy, a w sporcie rację mają tylko zwycięzcy, to styl przydaje kolorów, albo ich ujmuje…

  Wiśle kolorów przybyło. Nie ma już wprawdzie piłkarzy z Krakowa w europejskich rozgrywkach, ale ciepełko w sercach nam zostawili. Po laniu w Barcelonie ( 0: 4 w stylu: „ równo z trawą”), 1: 0 w Krakowie. A przecież mistrzowie z Katalonii nie odpuszczali; przegrywanie nie było im obojętne. Wiślacy stworzyli świetny mecz. Przy okazji dali argument, że MOŻNA. Oczywiście, jeśli się bardzo chce, a nie gadanie o pragnieniach jest w przewadze. Proszę Panów Piłkarzy- trzymajcie regułę poprzeczki tak wysoko, jak wysoko ją wiślacy teraz umieścili! Żeby więcej mogło być o dobrym graniu, niż o porażkach, przekupstwach, kłótniach, gorzale, jako metodzie treningu i relaksu… Bo, jeśli MOŻNA, to niech BĘDZIE…  

  Obserwuję wypełnianie poolimpijskich „arkuszy rozliczeń”. Idzie, jak przewidywałem oraz w blogu napisałem- czyli: „ świetnie nie było, ale fatalnie też nie, bo… medale są, punkty też.  Jeśli „ujawniły się słabości”, to autorstwo zazwyczaj leży albo w zjawiskach zwanych obiektywnymi, albo… w ogniwach, które są odległe od możliwości wpływów dziś oceniającego… I dalej w tym duchu- nie on winien, ona winna- bo mu dawać nie powinna…  

  To mi się jeszcze mniej podoba niż tendencje triumfalistycznych kurtyn. Chowanie się za wspaniałych - złotych, srebrnych i brązowej zawsze uznam za: a) nadużycie; b) niesprawiedliwość wobec tych, którzy osobiście zasłużyli na sławę i nie muszą się nią dzielić; c) złe rokowania, jeśli chodzi o olimpijską przyszłość. I dlatego, gdy słyszę, jak mi ma być podział przewin- że np. najwięcej stracą związki sportowe, bo one są złe, archaiczne, defensywne itd., to śmiech mnie pusty bierze. Bo: Po pierwsze- związki są takie, jaki mamy model zarządzania i programowania; Po drugie- związki mają opiekę międzynarodowych federacji i tej kurateli nikt nie chce podważyć; Po trzecie- w związkach jest wszelaka siła wyborcza, i na czele np. PKOl nie stanie się bez głosów „za” ze strony związków. Nawet ministerstwo głosu do urny nie wrzuci, bo go nie ma…  

  W jednej z wielkich gazet czytam wielki wywiad. Z ministerialnym, ważnym dyrektorem „ od sportu”; ze sportowego ministerium. M.in., po co pojechał do Pekinu i co robił podczas igrzysk. Czytam, i nie wiem- felieton, utwór do kabaretu? Dziennikarz się stara dowiedzieć, podpowiada to i tamto. Dostaje komunały ma poziomie mało rozumiejącego sport kibica. Liczyliśmy, dalej liczymy, policzymy i powiemy… Błędy? Gdzieś poza nami. Analizy i oceny- do kosza, nie do rozliczenia ekskursji „ za nasze”, podatników przecież wkłady. Odwołania nawet do… wad narodowych. A co- wcześniej, gdy medale nam się sypały, tośmy od wad byli wolni? Nie kopać leżącego. Pewnie i tak powie, że nie autoryzował, albo na mądre podsumowanie dopiero przyjdzie czas-, ale słowo poleciało. Wróblem, czy wróci jastrzębiem, orłem? Z poziomu ministerstwa taka ocena oznacza nie marny kibicowski głosik, lecz – dla mnie- kompromitację instytucji. Jeśli taka drogą pójdziemy, to strategia będzie podobna, a więdnięcie sportu uznam za postawą władzy  administracyjnej uświęcone. Ani wiedzy, ani wyobraźni, skąd się to wzięło? 

   Pamięć podpowiada, jak np. przygotowaniami do Sydney dowodził dr Stefan Paszczyk. Byłem blisko, więc wiem. On nikomu nie powiedział, że czegoś nie wiedział na czas. Wiedział, nawet więcej niż szef resortu wiedzieć musiał. Umiał zapytać trenera zapasów o program na jakiś dzień przedolimpijski, a gdy dowiedział się, że w planie jest m.in. koszykówka, z miejsca zareagował. Oni w kosza grają tak ostro, że łatwo o kontuzję. Trzeba zmienić… I zmieniano, racjonalizowano. Z godziny na godzinę podejmowano decyzję. Z tzw. trudnymi włącznie. A teraz…? Londyn za 4 lata, już przynajmniej od dwóch lat powinien się toczyć proces przygotowań. A nie podliczanie tego, co już historią… Bo to  akceptacja procesu więdnięcia sportu Mimowolna, lecz faktyczna…  

komentarze (3) | dodaj komentarz

Nasze cztery ściany

niedziela, 24 sierpnia 2008 21:13

ECHA WYDARZEŃ: Melduję; wróciłem, jestem, dziękuję za życzenia i komentarze; siadam do kompa. Gdy opuszczałem igrzyska pisałem, że koszą nas „ równo z trawą”, bo ani jeden medal nie błysnął przez 6 dni. Potem się pokazały. Jak borowiki, które spotykałem w lasach nad jeziorem. Urzekające nadzwyczajną urodą- jeśli już były ( jak panowie Majewski, Blanik, wioślarska czwórka podwójna); oko przyciągające – jak srebrni i brązowa, ale – jak to prawdziwki- w tych dniach jeszcze nieliczne. Na grzybki prawdziwy urodzaj dopiero nadejdzie, sport olimpijski ma sezon za sobą. I ta różnica godna jest komentarza.

   Co było – to było, lepiej może być dopiero za cztery lata, Szmat czasu. W PKOl pełna kadencja, w związkach sportowych też, na posterunku ministra sportu… A jestem przekonany, że „obecni” i tak nam wmówią prawie sukces. Bo jednak medali tyle ile było w Atenach ( wtedy uznano to za owoc kryzysu), miejsc finałowych – więcej ( jakby zapomniano, że nawet w systemie premii tym razem PKOl postawił tylko na medale, dorobek „punktowy” został na dalekim planie), więc – nie jest źle. I kto skrytykuje-ten malkontent. Prezes PKOl już taki ton jakby podawał. Nie dziwię się- wykształcony dyplomata… Minister, który chętnie głos zabiera, w kwestii olimpijskiej jeszcze wyraźnie zdania nie wypowiedział. Ani, jeśli chodzi o oceny, ani o skutki dla sportowej doktryny, strategii i praktyki – za co przecież ministerium odpowiada.

  Spodziewam się więc raczej, iż wielu władnych pogrzeje się w ciepełku wydzielanym przez wspaniałe wyczyny – kulomiota, mistrza konkursu, skoczka przez konia, załogi wioślarskiej, kapitalnego dyskobola, kolarki, która „nie miała prawa wygrać”, a skończyła na srebrnej pozycji, zapaśniczki. Tyle, że to akurat...palce dwóch rąk.

  Pytania o „resztę” zabrzmią niejako na marginesie. I to pewnie w kategoriach oceny fortuny i innych spraw pobocznych. Nie w pytaniach: dlaczego nie wszyscy byli gotowi do boju na pułapie rekordów życiowych? Zarówno tam, gdzie da się to określić wymiernie- metrami, sekundami, kilogramami, jak też gdzie ocena będzie zależała od porównania z rywalami- jak np. w grach.  A w tych byliśmy przecież ( poza złotkami) znakomici, tylko nie wtedy, gdy przyszło zagrać o wszystko… Zresztą są argumenty- gdzie atak na rekord, tam zazwyczaj był sukces! Choćby panowie Majewski i Małachowski tę prawdę przypomnieli… A na drugim biegunie- mamy np. pływanie- takie z górki na pazurki...

  Nie kontestuję. Cieszę się z tego, co wszystkim sprawiło tak wielką radość; szanuję każdego olimpijczyka, który wykazał się szczytem klasy sportowej i walecznością. Tyle, że chcę radość i gratulacje dzielić sprawiedliwie. Będę się kłócił, jeśli ktoś użyje dziesięciu mistrzów i jeszcze kilkunastu bliskich prawa do tego tytułu za kurtynę dla rzeczywistości.

  10 medali i 20 miejsce – taka zdobycz bardzo licznej, i podobno najlepiej jak można przygotowanej reprezentacji, to … To nie porażka, klęska, dotkliwa nauka- jak chętnie opisują sportowe wydarzenia komentatorzy. Ale jednak znak, że czas zakasać rękawy. I mniej może się przez pewien czas sukcesami chwalić, ale wrócić do porządnego budowania. Nie tylko stadion na EURO jest problemem sportu. Także doktryna jego rozwoju, ta w formie i treści, a może i w metodach bardzo się nam zestarzała. Ostatnie odważne poszukiwania były może 10 -12 lat temu!  KLUB POLSKA ( czyli maleńkie, hermetyczne grupki asów) już nie wydoli. Nie ten czas, nie ten sport – w świecie, i w naszych czterech ścianach. A do tego, co w Pekinie- jeszcze będę wracał… W końcu igrzyska – raz na 4 lata.   

komentarze (4) | dodaj komentarz

Równo z trawą...

czwartek, 14 sierpnia 2008 5:28
ECHA WYDARZEŃ: Barcelona aż 4: 0 rozbiła Wisłę. Jestem przeciwnikiem używania, w opisywaniu wydarzeń sportowych określeń: ”klęska”, „pogrom” itp., ale tu nie ma wyjścia- piłkarsko znów zostaliśmy sprowadzeni na ziemię. Równo z trawą, jak się to mówi… Żal i głupio…  Igrzysk dzień szósty, 4 z minutami. U nas dnieje, w Pekinie … tonie kolejne marzenie o medalu. Panna Otylia ze skóry wychodziła, ale prymatu nie obroniła.  „Motylia” ( od pływania „, motylkiem"), czwarta, gdzie kiedyś była złota. Wysoko, ale... poza podium; więcej nie mogła...

  No i w szóstym dniu rankiem nadal mamy reprezentację bez medalu. Żal i też jakoś głupio… To nastrój bardzo odległy od spokoju olimpijskiego, coraz bardziej trzeba mówić o gongu alarmowym.

  Kto? Dlaczego? Czego zbrakło- bo przecież nie środków materialnych, ani talentu naszej sportowej młodzieży? W tzw. środkach – ponad milion na przygotowania, na olimpijską głowę. Lata chude, jeśli chodzi o stan uzdolnień reprezentantów? Nie uwierzę. Jeśli dla lata temu, rok temu itd.; jeśli w eliminacjach tyle aż praw do startu wywalczyli, to punkt słabości jest gdzie indziej… Gdzie? Dlaczego tak gwałtownie rozsypał nam się wielki sport? Grypa do szybkiego wyleczenia, czy wezwanie do długiej kuracji? Może chciano choróbsko wyleczyć pudrem i słowem, a niezbędna była transfuzja, albo zabieg operacyjny? 

    Jeśli miły, dobroduszny i od lat wielce w sporcie wpływowy senator Andrzej też już zaczyna stawiać pytania- a wcześniej tak namawiał do cierpliwego czekania- musi być rzeczywiście źle! Z tym, że wnoszę, by senator wyszedł, choć na krótko z roli publicysty-komentatora i postawił też pytania… sobie. W takiej pozycji w ruchu sportowym od tylu lat będąc, tyle igrzysk nawiedzając musi się wiedzieć i widzieć więcej… 

   Może jeszcze coś miłego się przydarzy. Igrzyska przecież  trwają. Ale teraz zaskoczenia nawet bardzo miłe, pewnie ogólnego wrażenia zatrzeć niż dadzą rady. Tradycje wspaniałe, zadęcie i tym razem wielkie, reprezentacja tak liczna, jak rzadko kiedy w kronikach rodzimego sportu… A tu- znów „równo z trawą”…    

  Postanowiłem poszanować nerwy ( to „ z redaktora Darka-poszanować piłkę”)…. Będzie odrodzenie, to się uraduję, ale teraz ruszę na 10 dni nad jezioro. Popływam, „na swój, prywatny medal”. Będzie okazja poblogować- może pobloguję. Nie będzie- wymienimy opinie po powrocie. Zrobię sobie „wielką pauzę”.  Wpisy moich Zacnych Komentatorów będę studiował uważnie, a czekał na nie z utęsknieniem. Jak zawsze…

komentarze (14) | dodaj komentarz

Przedburzowo?

poniedziałek, 11 sierpnia 2008 21:31
ECHA WYDARZEŃ: Jeśli po trzech dniach rywalizacji w strefie medalowej są reprezentacje olimpijskie 40 państw, a nas tam nie ma- jasne, że nie czas na komplementowanie. Już zaczynamy się kontentować tzw. dobrymi miejscami… I wprawdzie do końca igrzysk daleko, zaś po okresie „pod górkę”, może jeszcze przyjść czas „ z górki”, już dziś widać, że najwyżej może być nieźle. Może- znośnie. Dobrze- już raczej nie będzie, bardzo dobrze-  pewnie w marzeniach na metę kolejnego czterolecia...

  Ucieka świat sportowy zbyt wielu naszym faworytom, a nowi się nie pojawiają. KLUB POLSKA, czyli maleńkie elity, skazane na gotowanie się we własnym sosie. Niezmiennie brak wielkiego i aktywnego zaplecza szkolonego wedle szans danych KLUBOWI.  Wyczynowy sport powszechny wciąż bardziej w sferze pobożnych życzeń niż faktów, a często nawet w… strefie wspomnień z ubożuchnej materialnie przeszłości…

  Przewiduję burzę. Z piorunami, i poszukiwaniem piorunochronów- przeważnie w tzw. czynnikach obiektywnych. Subiektywne- wróżę- znów zostaną na boku, jako że rzadko kiedy porażki noszą imiona i nazwiska. Tylko głośne sukcesy mają ojców i dziadków  i chrzestnych… Ale- jak w piosence: jeszcze poczekajmy, jeszcze się nie spieszmy. Może nadejdą prawa do szerokich uśmiechów… Marzę o tym! 

  Nie żyje Werka. Syn w komentarzu do matczynego bloga zawiadomił. ONA wcześniej ogłosiła „przerwę techniczną” i obiecała powrót do wirtualnego świata blogów. Odeszła z rzeczywistego. Przedwcześnie. Wbrew optymizmowi, który w swych blogach głosiła, i nas doń przekonywała. Przepięknej urody wpisy. Tłumnie odwiedzane, ze wszech miar słusznie komplementowane. Treść i forma. Głęboka mądrość i żart najwyższego lotu. Lekkość refleksją niemal filozoficzną chwilami pleciona.  Wyznaję, na Jej wpisy i komentarze czekałem niecierpliwie; czasem klikałem po kilka razy dziennie… Cóż jeszcze można dodać…? Po prostu- wielki żal…  

   W warszawskim „Koneserze” już jest wystawa – pożegnanie Stadionu Dziesięciolecia. Otwarcie pod znakiem spotkań historii z młodością. Andrzej Pstrokoński- koszykarz, który TAM grał i młodzi dziennikarze, pytający o czasy gdyśmy w koszykówce nie byli tacy, jak dziś… Zbigniew Makomaski – „Mahomet”, na fotce, jak na oczach stu tysięcy ogrywa na finiszu olimpijskiego mistrza średniego dystans i po tylu latach o tym opowiadający. Toż to była światowa sensacja czasu. Staszek Królak i Marian Więckowski – dawne tuzy roweru, ze Stadionem na „trasie karier i życia”. Podsłuchuję, jak Królak opowiada młodemu reporterowi, jak to własnoręcznie, z taczkami – i z Więckowskim- pomagał budować Stadion. Młody robi wrażenie trochę zdumionego- że nie firma, nie wykonawca, podwykonawca i ktoś tam jeszcze, ale też asy sportu…. „Widzi pan, żeby było gdzie finiszować, trzeba było pomóc zbudować. Własnoręcznie…” Andrzej Zientara – grał TAM w reprezentacji piłkarskiej, też opowiada o budowaniu…

  Dopadła i mnie młoda dama, wietrząc niesłusznie, żem też weteran reprezentacyjnego lotu. Mówię, że tylko starszy kolega „ po piórze”. Trochę opowiadam o stadionie, o Wyścigu Pokoju o igrzyskach olimpijskich przeszłości.. Słucha, pyta, notuje… Więc i ja pytam- o wiek. „ A na ile lat wyglądam?” Ja: Na tyle, żeby sobie jeszcze nie odejmować, ale też nie dodawać… „ No, to- dwadzieścia…” A jednak jakby szczerze zainteresowana tym, co by mogło się wydawać czasem tak odległym, jak wiktoria wiedeńska… Miłe!

komentarze (3) | dodaj komentarz

 12  »

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 21 marca 2010

Licznik odwiedzin: 177480

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O moim bloogu

jako dziennikarz ( sportowy)- przez "ładnych parę lat"- nie widzę powodu do zachowania dzisiejszej refleksji dla siebie. "Echa wydarzeń" - to kontynuacja felietonu dawniej prowadzonego.

Galerie

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 19.03.2010 21:29:56
  • autor: dawid
  • treść: a co z trenerem bo s...