ECHA WYDARZEŃ: Sport nie daje wytchnąć! Do końca Barnabę w grafomaństwo wpędzi. Ale, jeśli są wydarzenia- powinny być echa, prawda? Potem dłużej pomilczę, solennie obiecuję!
X Proponuję za długo i zbyt emocjonalnie nie roztrząsać przyczyny wywrotki panny Justyny. Zdarzyło się, i tyle. Żal, współczucie, ale nie szukajmy spisku, faulu. Odegra się, pewne. A na czoło klasyfikacji i tak wyszła.
X Jest głupia sprawa olimpijska, podejrzenie o doping. Piszę- podejrzenie. Życząc, by analiza próbki „B" dała inny wynik, ale gdy słyszę fachowców, dowiaduję się, że to mało prawdopodobne. Z wyrokowaniem jednak poczekam. Żeby było po sportowemu. Jeśli dziś zadam jakieś pytanie, to takie: Czy przed wyjazdem na igrzyska nie przeprowadzono w kraju kontroli? Tak kiedyś - po złych doświadczeniach robiono, że ustrzec się przed lichem, które przecież nie śpi. To- jak teraz było proszę PKOl i ministerium?
Wspomniałem o złych doświadczeniach. Jakież to wydarzenia? W zimowych igrzyskach przyszło kiedyś karać gwiazdę rodzimego hokeja ( i drużynę), a w opisie przyczyn zastosowania dopingu było o spisku, zatrutym krokiecie do barszczu, może nawet prowokacji natury politycznej.
W letnich igrzyskach przykrość spotkała nas w Montrealu. Dwukrotnie. Pierwsza minęła bez głośnego echa, bo rzekome podejrzenie zdarzyło się przed startem i po prostu do niego nie doszło. Drugie było bolesne, bo z pozycji złotego medalu. Tu będzie imię i nazwisko, bo trudno szanować takiego sportowca, który nieuczciwie dostał się na podium, a potem jeszcze zdecydował się na zmianę Ojczyzny. Nawiasem, w tamtej też szedł drogą naznaczoną dopingiem. Paskudne w wymowie, a jakże przykre dla sprawozdawcy i kibica. Kilkadziesiąt kilometrów od centrum, głucha noc, coraz cięższa sztanga, Mazurek Dąbrowskiego, zmęczenie gdzieś się nam, obserwatorom rozpłynęło. Telefony, teleksy, zachwyty, gratulacje, rozmowy, a potem ... taki upadek jak z Mont Blanc w przepaść... Tfu, wolę wspominać inne chwile... W każdym razie problem mamy teraz maksi!
X Dowiaduję się, że teraz mecze piłkarskie, ze zwycięskim nad Bułgarią włącznie są... nielegalne. Prawnie. Bo litera jakiegoś zarządzenia skończyła żywot określony terminem ważności, a nowej litery nie ma. To - przepraszam- gdzie jest PZPN, gdzie ministerstwo sportu? Siedzą cicho, gdy las płonie? Kto ma przypominać, alarmować i załatwiać, jeśli nie dobrze płatni - właśnie m.in. za to- funkcjonariusze sportu?
X Po pływaniu Barnaba trochę powędrował po stolicy. Tramwajem, autobusem, metrem, na nóżkach... Ileż pięknych i zgrabnych pań! I ... wszystkie w spodniach. No, prawie wszystkie, ale wyjątki trafiły się równie rzadko, jak spotkanie Szkota w spódnicy na warszawskim trakcie... Pomyśleć, jak to ciągoty do wygody radykalnie zmieniły powszechny obyczaj... No, może latem wrócą do łask sukienki i spódniczki. Najlepiej - mini...
ECHA WYDARZEŃ: Podobno Dzień Mężczyzn. Jadwiga napisała mi: „trafniej"- Dzień 40 męczenników"... Święcę - pływając i blogując. Pływając- bo wyniki medyczne staram się poprawić. Blogując- bo... dusza grafomana zawsze śpiewa. Nawet wbrew rozsądkowi, który podpowiada, że to się Czytelnikom znudzić już może. Za dużo, za często i w ogóle... Może zbyt monotematycznie. Dobra, może do 170-180 tysięcy wejść. Potem- zobaczymy...
- Drobiazgi urastają nam do wagi problemów. Kostiumy w układzie barw innym niż narodowe, orzeł na biuście powracającej mistrzyni sztangi patrzy nie w tę stronę; w czasie już zapomnianych mistrzostw piłkarzy - hymn - niehymn... Jeśli, jak w ostatnim przypadku czegoś nowego rozmyślnie szukano, to nawet, gdy się nie uda- trudno. Na błędach też nauka... Ale jeśli coś sknocono, bo myśli zbrakło- jak w przypadku kostiumów, to już porażka. Właśnie tego, co w słowach bywa nadużywane- profesjonalizmu. Z detalu robi się problem. I jeden zaczyna gonić kolejny. A gadanie o profesjonalizmie w każdym calu -dalej będzie popularne. Tylko, że pokrycia brak...
- Dowiaduję się, ze Chuck Norris kończy „70". Związki osoby ze sportem? Ogromne. Żeby w tylu filmach tak efektownie gromić przeciwników, używając nie broni, lecz rąk, nóg i technik sportów walki- trzeba być piekielnie sprawnym i wytrenowanym. Nawet sztuczkami filmowymi nie dałoby się zastąpić sportowego „wkładu własnego". Wklejam dwie z wielu wypowiedzi- dowcipów o filmowym wojowniku ( zawsze w dobrej sprawie):
X Co się dzieje, kiedy Chuck schodzi pod wodę i nie wypływa po 10 min? Woda zaczyna się dusić.
X Chuck Norris pije piwo prosto z cysterny. Później zgniata ją na czole...
- Nasz bokser. Albert Sosnowski ma się spotkać ze sławnym Ukraińcem Witalijem Kliczko. Jednym z dwóch Kliczków, którzy zdrowo namieszali na zawodowych ringach świata. W walce o tytuł, w maju. Tak jakoś wyszło- z biegu wydarzeń i negocjacji. Nie Tomasz Adamek, który głośniej mierzy w tytuły, lecz Albert Sosnowski. Dziwnie to w boksie, ze negocjacje i dyplomacja zastępują eliminacje w walce, ale faktem jest, że " od czasów Gołoty" rodak tak sławnego rywala nie miał. Życzę - oczywiście walki nie takiej, jak owe ze wspomnianych czasów. A że będzie trudno- wiadomo, wedle tego, co było dotychczas- Kliczko to inna półka...
Ale w słowach Sosnowski już mi przypadł do serca. Wklejam fragment wypowiedzi:
- Postaram się dokonać tego, co nie udało się Gołocie. Stać mnie na to.
- Zapewniam, że nikt nie będzie rozczarowany moją postawą. Przede mną wielkie wyzwanie. Nie zamierzam zmarnować takiej okazji. Pewnie pojawią się głosy, że to jeszcze nie czas na tak poważna walkę. Jak mawiał William Shakespeare, lepiej być o trzy godziny za wcześnie niż o minutę za późno. Ja nie zamierzam spóźnić się na pojedynek mojego życia - podkreśla polski kandydat na mistrza świata wagi ciężkiej.
Skąd tu Szekspir? Nawet, jeśli z podpowiedzi, to ładne, prawda?
ECHA WYDARZEŃ: 8 marca- spieszę z bukietem. Do Pań, dla Pań. Przypomniało mi się w basenie. Na „moim" torze pływała młoda. Stylowo, i bardzo szybko. Nie miałem szans złożyć życzeń. Ale niech jej dobremu humorowi posłuży, że we wspólnym półtora kilometrze Barnabę wyprzedzała. Sobie też gratuluję. Że się nie dałem ponieść ambicji i płynąłem nie na tempo, a na wytrzymałkę. Dlatego udało się wyjść na prostych nogach i o własnych siłach. W małym basenie zespołowo ćwiczyły seniorki. I były zdyscyplinowane. Słuchały instruktorki w wieku pewnie wnucząt. Taki sportowy wymiar więzi międzypokoleniowej. Też- najlepszego... Dla Pań- seniorek, juniorek; byle " w sporcie"...
- Ligowa piłka jeszcze bardziej okrągła od rzeczywistej. Wisła i Legia- dwaj mocarze krajowi, przegrały na własnych boiskach. Z tzw. drugim rzutem. Podpowiedzi jest kilka: a) że najmocniejsi nie są wcale mocni; b) że siły w krajowej elicie się wyrównały, i to może być jaskółką rozwoju; c) że „po prostu" tak wyszło, i nie warto na tej podstawie filozofować...
- Wielbię takich mistrzów sportu, którzy są zadziorni i lubią się sprawdzać. Jak Justyna Kowalczyk i Adam Małysz. Mogli po igrzyskach spokojnie posiedzieć na tronie sławy, popularności, odbierać nagrody i zaszczyty, a oni gonią po trasach i skoczniach. Miły oczom i uszom jest taki głód sukcesów. Nie do zaspokojenia, nie do przekładania na tańce telewizyjne, ani śpiewanie... Być najdłużej dobrym w tym, w czym się doszło do mistrzostwa. Kolekcjonować starty, ryzykować porażkami, dawać rywalom szanse do rewanżu, ale walczyć, by tej satysfakcji nie mieli.
Wiem, że sceptycy oraz cynicy powiedzą: KASA, o nią w pierwszym rzędzie chodzi. Będę się kłócił w obronie motywacji mentalnej. W przypadku prawdziwych mistrzów, a o takich mowa- zapewne rachunki zysków wynikają z ochoty do nieustannego sprawdzania się, nie zaś drugie bierze początek w pierwszym.
Powtarzam: wielbię takich sportowców. Jak kulomiot Tomasz Majewski, który nie ukontentował się złotem, lecz z ochotą i seryjnie spotyka się z Amerykanami - raz na wozie, raz pod nim, bo rywale równej klasy, ale owa ochota zawsze niesie wyniki świetne. Jak dyskobol Piotr Małachowski, który „ mając prawo" do leczenia kontuzji rusza do wspaniałego ataku. Jak młociarka Anita Włodarczyk... Jak... Mam na liście wiele nazwisk, przypominam ledwie dla ilustracji. Tezy, że prawdziwy mistrz sportu kocha popularność oraz sławę, jako człowiek zawodu musi mieć na względzie skutki materialne, lecz rzadko siaduje w wianuszku oliwnym na tronie odległym od aren rywalizacji. Przyjdą jubileusze- będzie ten czas...
ECHA WYDARZEŃ: Był czas rywalizacji- jest czas bilansowania. Są obrachunki i porachunki olimpijskie. To wcale nie tak proste, jak głoszą piewcy teorii ( raczej urzędowy punkt widzenia), że jest lepiej niż bardzo dobrze, bo medalami sypnęło i zrobiło się aż „historycznie". To grzeszy koniunkturalizmem i prostactwem. Podobnie, jak wyłącznie drugi biegun opinii. Że za kurtyną osiągnięć arcymistrzów liczonych na palcach mniej niż jednej ręki, jest ziemia ze sportów zimowych wyjałowiona do cna. I wreszcie - nie da się wszystkiego sprowadzić to buchalterii- że za takie pieniądze, jak w przygotowania włożono trzeba oczekiwać nie tylko medali, lecz też dowodów, iż „ ruszyło się na dobre". A tego raczej ani widu, ani słychu... Ocena ma się złożyć z kilku warstw!
Nie da się jednym zdaniem, nie wolno jednym zdaniem. Jedynie bezdyskusyjna jest warstwa wzruszeń i emocji. W pewnym sensie najważniejsza. Fakt. To, więc co wywalczyli Justyna Kowalczyk i Adam Małysz jest czymś cudownym. Po prostu!
Nie znajduję słów uznania, które będą przesadne. Nie dam zgody na powiedzenie, że jakiś zaszczyt po takim starcie, jest gestem na wyrost. I już nie będę się rozpływał nad oczywistościami, bo nie uchodzi.
Potem... zaczynają się schody. Bo wprawdzie arcymistrzowie kilka innych widocznych startów mają w tle. Ale... mało tego. I zdecydowanie za mało tego dobrego, by z pozycji ludzi programujących, finansujących, organizujących i w ogóle „ących", mieć prawo do samopochwał. Nawet w obliczu takiego sukcesu, jak zespołowy medal panczenistek. Bo dokonały przecież tego jakby z przekory- trenując w Berlinie, bo TU szansy nie mają... Święta prawda, że sport ma w sobie żywiołowość i siły utajone, ale... to i tak cud, że zaprocentowało to medalem. W końcu - laboratoryjnym, a przecież mistrzowie mają się brać z jakiej takiej choćby powszechności. Przynajmniej to głosimy...
Dalej. Teraz dopiero zaczyna się dzielenie bólem głowy, ze w biathlonie miało być lepiej. A może być prawdziwie dobrze, jeśli do mistrzostw kraju( mówi dziś trener) - staje w porywach 11 konkurentów? A gdzie te procenty od kilkudziesięciu jednak chyba sztucznych lodowisk? Co- młodzi nie garną się do figurowego jeżdżenia i do hokeja? Nie uwierzę- w sporcie rozumianym, jako zawód to przecież szansa drogi do sławy i sporych pieniędzy, więc podejrzewam, że słabość jest w innym miejscu... Ileż podobnych sygnałów dały rodzimemu sportowi igrzyska? Więcej niż dwa.
Ciesząc się niezmiernie w wyczynów- pozłoconego, posrebrzonych i ubrązowionych, nie można ( proszę ministerstwa i PKOl-u) zostawić na boku tezy, że tego samego dokonałaby reprezentacja złożona z górą z 15- 20 sportowców, a nie byłoby stresów z nadmiaru dalekich lokat. Ale wtedy i pozawodnicza część ekipy nie mogłaby świecić takimi rozmiarami, więc rozumiem skąd taka wyrozumiałość przy prognozowaniu możliwości na olimpijskich arenach.
Drzewiej teoretycy i praktycy selekcjonując kandydatów twierdzili, że trzeba wysyłać wyłącznie ludzi z tzw. szansami. Czyli - wedle już zdobytej o nich wiedzy- zdolnych do boju o tzw. miejsca finałowe. Na podstawie rankingów, tabel itp. Z trzech „szans" powstawał zazwyczaj jeden „fakt olimpijski", czyli lokata na miarę planu. Czasem medal, ze złotym na czele. Czyniono owe normy giętkimi- prawda, ale ... wtedy mówiono, że to np " dla przyszłości". Dziś nawet system premiowania stawia wyłącznie na medal, więc i giętkość ma być mniejsza...
Jak wygląda dorobek w porównaniu z tymi doświadczeniami, a także z zapewnieniami- że na igrzyska nie wysyłamy za dawne zasługi, na kredyt, zaś po naukę- tylko jednostki? Barnaba pytanie zawiesi, przypominając tylko, że ekipa zawodnicza liczyła prawie pół setki. To w ilu przypadkach jakby z góry skazano młodego człowieka sportu, jeszcze nie gotowego do podjęcia takiej rywalizacji na porażki bolesne. I to by było na tyle. Żeby się w temperaturze słusznie wielkiej radości nie roztopiły inne prawdy dnia. I obowiązki na jutro...
ECHA WYDARZEŃ: Polscy piłkarze pokonali - 2: 0- bułgarskich. Są oklaski. Zasłużone- bo brali z zębem i pomysłowo. Są echa- prawie tak głośne jak olimpijskie; choć przyczyny nie da się sprowadzić do wspólnego mianownika...
Taka jest piłka, i my też tacy jesteśmy. Pisałem tu kiedyś, że największe wrażenia olimpijskie nie spowodują, że prezes PKOl i minister sportu trwale będą w opinii popularniejsi i „ważniejsi" od prezesa PZPN... A trener reprezentacji „kopiącej" w popularności szybko przebije zasłużone sztaby olimpijskie. Niezależnie od nazwisk i obrazów... Sprawiedliwość wykoślawiona? Taki to już świat sami stworzyliśmy. Zbiorowym niejako wysiłkiem...
No, i już się zaczyna sprawdzać... Tyle, że teraz nie wypada wydziwiać. Wymyślił Franciszek Smuda obiecujący skład, natchnął ludzi taką myślą taktyczną, że trzeba możliwie najwyżej wygrać ( a nie- po pierwsze- nie przegrać) i było ładnie. Agresywnie, pomysłowo, ambitnie. Nie bez błędów, ale do EURO przecież droga prób i błędów jeszcze długa...
Jakby nowy duch, ale pamięć nakazuje ostrożność, bo podpowiada, że w początkach panowania trenera Leo też było podobnie.... I za szybko jaskółka odnowy przeleciała. Teraz się zadomowi?
Do PZPN świeższy duch jeszcze nie trafił. Grali w kostiumach takich, że wszyscy krytykują i wnoszą do niebios o pomstę- a związek, jak mysz pod miotłą. Winowajców brak. To nie on, to Leon- mawiała jedna z moich cioć określając podobne sytuacje... Grali na boisku głębokiej prowincji, za to w mieście, które ma otwierać EURO 2012. Wstyd! Nie za przyszłość, za dziś... No, ale w końcu 59 drużyna w rankingu FIFA wyraźnie pokonała trzydziestą; jakby z innej więc półki. A trybuny były mimo zimna rozgrzane...
- Justyna wciąż „ na tapecie". Słusznie, bo wyczyny ma historyczne, choć goli nie strzela... Kolega po zawodzie ( oraz imiennik) wystąpił nawet z propozycją, by Jej imieniem nazwać ulicę w Katowicach. A nie da się np. jakiegoś budynku AWF, czyli Jej uczelni? Dlaczego Kasiny nie przemianować na Justynowo, albo przynajmniej nie nazwać tak jakiejś pobliskiej góry?
Dajcie spokój wspaniałej zawodniczce, chce się Barnabie zakrzyknąć. Zachowujcie się, jak Ona. Odważnie, ale i mądrze; bez cienia kompleksów, ale dojrzale. Czasem z obrotem języka przed analizą możliwych skutków, ale też z umiejętnością zmiany słów oraz stanowiska... Żywy człowiek. Pełen temperamentu, daj Panie każdemu z nas ćwiartkę... Wykształcony, sport uprawiający ze świadomego wyboru zawodu na młode lata... Nie starajmy się pakować tego wszystkiego w jakieś sztywne, zastygłe ramy symbolu, pomnika... Niech, co normalne- normalnym zostanie, i normalnym toczy się torem... A że do kieszeni publicznie zaglądają? Też normalne, panna Justyna tematu nie chowa. Zawód, to zawód, więc... Cytuję, więc tylko (media już ten „donos" fiskusowi złożyły), że:
„ Biegaczka z Kasiny Wielkiej dotychczas za starty w Pucharze Świata zarobiła 283, 5 tys. franków szwajcarskich. Za występy na olimpijskich trasach w Vancouver wzbogaciła się o 748, 7 tys. zł. Kowalczyk do 2012 roku jest związana umowami z Farbami Kable, firmą produkującą materiały budowlane, oraz z Rafako z Raciborza, największym w Europie producentem kotłów. Mimo że nie są to żadni giganci w poprzednim sezonie Justyna uzyskała z działań marketingowych blisko 600 tys. zł."
Przewija się też obiecująca „ bardzo dobrą pogodę" prognoza przyszłości:
Dzisiejszą „ wartość marketingową" panny Justyny fachowcy szacują na sumy od 300 tysięcy do aż miliona złotych. Szczera, lubiana, przystojna- może ponieść w świat reklamy... Do panów, pań, do dzieci, do rówieśników; do wszystkich- bo obecne umiłowanie jest przecież powszechne.
Wniosek: fajnie być przez sport sławnym i popularnym? Warto! Podziwiać i zazdrościć. Ale to drugie- z umiarem. Widząc, „co", ale też mając świadomość, „ za co". I wraz z postawieniem sobie pytania- umiałbym się tak potwornie ciężkiej robocie poświęcić? Nawet mając do tego talent, który przecież też nie wielu jest w takiej porcji dany? Barnaba będzie szczery- w duchu może zazdrościć zdolności sportowych oraz siły woli i ducha- wyłącznie. Nie tzw. apanaży. Wedle stawu grobla, przypomina przysłowie... Pamiętam!
niedziela, 21 marca 2010
Licznik odwiedzin: 177481
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||
jako dziennikarz ( sportowy)- przez "ładnych parę lat"- nie widzę powodu do zachowania dzisiejszej refleksji dla siebie. "Echa wydarzeń" - to kontynuacja felietonu dawniej prowadzonego.
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: